piątek, 14 lutego 2014

Jeden podręcznik, trzy socjalizmy


Edukacja w Polsce przechodzi istotne zmiany. Niektóre z nich budzą masowy sprzeciw rodziców. Od miesiąca uwagę społeczną zajmuje jednak nowy temat oświatowy: podręcznik dla pierwszoklasistów. Już nie przymus szkolny dla sześciolatków i demontaż programowy liceów, ale właśnie pomoc dydaktyczna dla pierwszaków rozpala dyskusję.
To dziwne. Przecież pisanie podręczników to zadanie dla znawców dydaktyki i innych odpowiednich dyscyplin wiedzy. Powinni realizować je w atmosferze nieskrępowanego poszukiwania prawdy i realizacji dobra. Gdyby państwo trzymało się swoich właściwych zadań, kontroli społecznej (nie politycznej) w zakresie treści kształcenia dokonywałyby gremia kompetentne intelektualnie, w zakresie wychowawczym – gremium będące rzecznikiem moralnych i religijnych fundamentów kultury narodowej. W technicznym i organizacyjnym wykonaniu rzeczy roztropnie powinno pomóc państwo. Proste i naturalne? Nic nie jest proste, gdy na scenę wchodzi socjalizm. Termin ten rozumiem na potrzeby artykułu jako ideologię społeczną przeciwstawną personalizmowi (a nie system system gospodarczy przeciwstawny kapitalizmowi).
Socjalizm pierwszy. Wielki Wydawca
Słynny „jeden  podręcznik” powstanie w Ośrodku Rozwoju Edukacji, centralnej instytucji oświatowej podległej bezpośrednio ministerstwu edukacji. Ośrodek jest kluczowym podmiotem w procesie toczących się nieustannie reform oświaty, takich jak zmiany programowe w szkołach czy „branka” sześciolatków. Jest też jedną z głównych instytucji biorących udział w dysponowaniu funduszami unijnymi na edukację. Te polityczno-finansowe realia sprawiają, że bezpośrednim punktem odniesienia w działaniach ORE są nie tylko ustalenia nauk pedagogicznych, ale nade wszystko określone przez unijnych i krajowych decydentów strategie w zakresie oświaty. Pragmatyczne, polityczne, nierzadko ideologiczne podstawy tam zawarte determinują działania tego Ośrodka.
Nie inaczej będzie przy pracy nad podręcznikiem. Obawy te graniczą z pewnością, gdy uświadomimy sobie sposób wprowadzania w życie pomysłu na „jeden podręcznik”. Błyskawicznie przeprowadzana (z pominięciem konsultacji społecznych) zmiana prawa usankcjonuje niejasną procedurę kontroli merytorycznej treści elementarza. Na etapie rządowym dopytywała o nią ABW, ale skoro ona nie dostała odpowiedzi, to cywile tym bardziej nie mogą na nią liczyć. Przeciwnikiem rządowego projektu jest także czas. Elementarz Tuska, jeśli powstanie, zostanie ułożony w pośpiechu. Do ujawnienia jego pierwszej wersji pozostały cztery miesiące, bo 15 czerwca dyrektorzy szkół muszą ogłosić obowiązującą listę podręczników. Minister Kluzik-Rostkowska zapewnia, że błędów nie będzie. A jeśli  jednak się pojawią, czy pierwszaki będą korzystać przez najbliższe lata z erraty? Wszak książka ma być przekazywana z rocznika na rocznik. Nie przesadzajmy jednak z tymi pytaniami. Te problemy będą po wyborach do europarlamentu, w których (niewydrukowany jeszcze) podręcznik ma przysporzyć punktów partii rządzącej.
Donald Tusk, stając się wydawcą, Wielkim Wydawcą, nawiązuje do „osiągnięć” socjalizmu realnego (opartego na „naukowym”), do „dorobku” gospodarki centralnie planowanej, w której ceny biletów trolejbusowych w Lublinie określał budżet państwa w Warszawie. Na pewno nie czuje się swojo w tej roli, co widać po tłumaczeniach minister Kluzik-Rostkowskiej: „incydentalne, ale konieczne” jest, aby pierwszy podręcznik w życiu kilku najbliższych roczników pierwszaków redaktorzy pisali, mając za plecami ministra zaglądającego przez ramię. Od tego systemu polska oświata odeszła po roku 1990, gdy szkoła uzyskała słuszną autonomię. Dyrektor przestał być urzędnikiem wprost podległym centrali i czekającym na rozkazy. Ta zmiana, a nie wszystkie późniejsze reformy (nierzadko przywracające różne przejawy centralizmu), jest najcenniejszą zdobyczą polskiej szkoły po komunizmie. Jednym z przejawów tej autonomii jest (niepełna co prawda) swoboda nauczyciela w kształtowaniu programu nauczania, wyborze podręcznika i pomocy dydaktycznych. „Incydent” z elementarzem Tuska ewidentnie idzie w poprzek tej zapisanej w prawie zasady. Powstaje wyłom, który może mieć daleko idące konsekwencje. Na razie nauczyciele i rodzice mogą np. zbojkotować podręcznik wydawnictwa Operon autorstwa B. Burdy, B. Halczaka i in., w którym prof. A. Nowak wskazał „przykłady absolutnie skandalicznej manipulacji” w prezentowaniu podstawowych faktów historycznych. Podręcznik dla pierwszaków za kilkanaście złotych będzie najlepszy z urzędu. Będzie doskonałym narzędziem manipulacji na polu wychowawczym, o czym mowa nieco dalej.
Warto podkreślić, że w wielu krajach, w których od lat funkcjonuje wprowadzany w Polsce sposób wyposażania uczniów w podręczniki, istnieje możliwość wyboru tytułu. Co więcej, w niektórych państwach nie ma konieczności zatwierdzania ich treści przez administrację rządową. Wielki Wydawca chce być jednak człowiekiem jednej książki. Tylko taka ekspresowa produkcja daje bowiem szansę udobruchania rodziców sześciolatków wcielonych na siłę do szkoły.
Socjalizm drugi. Podręcznikowy podatek
Corocznie ponad 800 mln wart jest „rynek” podręczników. Ma on cechy rynku, ale tylko po stronie podaży. O pieniądze te ścigają się wielkie koncerny (także globalne podmioty gospodarcze) i mniejsze firmy wydawnicze. Popyt jest jednak zagwarantowany urzędowo. W obowiązkowej szkole podręczniki stanowią obowiązkowe wyposażenie. Rodzic ucznia, chcąc się wywiązać z tego obowiązku, płaci w księgarni swoisty podatek o średniej wysokości 380 zł. Kilka miesięcy temu głośne stały się dzikie prawa rządzące tym „rynkiem”. Z założenia niezależny nauczycielski wybór podręczników bywał często „motywowany” przez wydawców ofertą niepłatnych dla szkół i nauczycieli dodatkowych materiałów, pomocy i szkoleń. Ten sztucznie funkcjonujący dział gospodarki, mimo korporacyjno-konsumpcyjnej aury mu towarzyszącej, jest drugą odsłoną podręcznikowego socjalizmu. Nie tylko dlatego, że jest ukrytą formą fiskalizmu, ale także dlatego, że ekonomiczno-społeczne relacje stawia przed dobrem osoby. W tym soc-liberalnym systemie wolność handlowania ma prymat przed wolnością poznawania prawdy i moralnego doskonalenia się najmłodszego pokolenia Polaków.
Minister Kluzik-Rostkowska mówi o „jednym podręczniku” dla klas I - III. Dla kolejnych etapów edukacyjnych podręczniki mają powstać w innym trybie. Rząd, wchodząc w szkodę wydawcom (których punkt widzenia zadziwiająco obszernie referuje raz po raz „Gazeta Wyborcza”,) przebąkuje już, że gotów jest do negocjacji z nimi. Gdyby roztropnie wywiązał się z tego zadania – porzuciwszy rolę Wielkiego Wydawcy – miałby niewątpliwą zasługę. Na przyszłość tańszych, lecz wciąż różnorodnych podręczników, pada jednak cień trzeciego socjalizmu.
Socjalizm trzeci. Mitologia „naturalnej rodziny”?
Kiedy sto dziesięć lat temu powstawała Polska Macierz Szkolna, państwo polskie nie istniało. Elementarną oświatę szerzyła świadoma kultury narodowej część społeczeństwa, gotowa do wielkiej, także materialnej, ofiarności. Dziś dyskutujemy o upaństwowieniu podręcznikowego minimum. Ponad nim rozciągać się będzie zapewne cała gama mniejszych i większych różnie ukierunkowanych ambicji edukacyjnych rodziców i dzieci. Ta naturalna różnorodność budzi jednak niepokój miłośników równości (wolności i braterstwa). Ich zdaniem podręcznik powinien „wyrównywać szanse edukacyjne”. Ale nie dajmy się zwieść. Ma wyrównywać nie tylko szanse, ale także: naturalny porządek i zaburzenia rozwojowe, zapał do pieczenia sernika i u mamy, i u taty, ma być niepokorny wobec krytyków ideologii gender, no i musi rozstać się z pochwałą trwałego monogamicznego małżeństwa (które jest mitologią, a więc zapewne w ogóle nie istnieje; por. P. Pacewicz, „Nie wracajmy do Falskiego”, „Gazeta Wyborcza” z 25-26.01.2014). Ten trzeci socjalizm („nowa lewica”) jest świeżą gałęzią twardo osadzoną w plątaninie korzeni swoich starszych poprzedników. Dlatego najbardziej obawiać się należy sojuszu Wielkiego Wydawcy z Pacewiczową lewicowością. Doskonałą ilustracją, jak może on zaowocować, jest obowiązujący już urzędowy zakaz prowadzenia zajęć dodatkowych w przedszkolach. Państwo pilnuje, żeby w przedszkolnych murach nie pojawiały się nauczycielki baletu, tańca i sportowi trenerzy. Sztuczne wyrównywanie jest zawsze równaniem w dół.
Znów mamy zapracowanych urzędników. Tym razem piszą podręcznik. Ale mimo licznych wystąpień w prasie nic nie wiemy o sposobie zorganizowania całej sprawy w praktyce. W jaki sposób szkoły zostaną zaopatrzone w podręczniki? Czy pani minister wyśle je pocztą (może tą samą, którą idą pisma sądowe)? Czy po prostu jak zwykle posłuży się samorządami, tradycyjnie dając im mniej niż naobiecuje obywatelom? Jak konkretnie będzie zorganizowany obieg używanych książek? Umiejętne, roztropne organizowanie środków do narodowych celów to robota dla rządu. Ale takie wysiłki są nieefektowne, a więc wyborczo nieefektywne.  Poza tym z tego nie rozliczą Wielkiego Wydawcy unijni stratedzy od gender i dyskryminacji dyskryminujących (nowy wariant wojny o pokój z czasów Wielkiego Językoznawcy). Na koniec życzę więc ze szczerego serca premierowi i pani minister (a także sobie), aby w naszej sprawie nie miała zastosowania siedemnastowieczna sentencja: „Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają”.