czwartek, 24 grudnia 2015

Chrystus się nam narodził!

Giotto, Boże Narodzenie

Udali się też z pośpiechem
i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.
Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym,
co im zostało objawione o tym Dziecięciu.
Łk 2, 16-17

Boże Narodzenie to czas, aby mówić o dobru.
Maleńki Jezus jest wielkim Dobrem dla wszystkich,
choć jeszcze ukrytym, zawiniętym w pieluchę.

Na okres świąteczny życzę wszystkim czytelnikom bloga
doskonałego czasu rozmów wypełnionych dobrem i nadzieją,
doskonałego czasu rozmów pełnych wsparcia w obliczu zła i cierpienia.

Na cały rok 2016 życzę zaś wytrwałości w dobrych przedsięwzięciach
w rodzinach, sąsiedztwie, zakładach pracy.

Radosław Brzózka

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jesteś prawicowy? Zwolnij się, albo cię wyrzucimy!

Teksty o zarządzaniu oświatą z perspektywy dyrektora szkoły powstają. A na razie taka sytuacja...

Dnia 2 grudnia br. świdnickie starostwo (PO-PSL-lewica) skierowało do Rady Miasta Świdnika wniosek o zgodę Rady na rozwiązanie ze mną (radnym Radosławem Brzózką z prawicowego klubu Rodzina i Prawo) stosunku pracy. To dyskryminacja ze względu na przekonania polityczne. Wniosek zawiera pomówienia. Ponadto podejrzewam, że to obecnie doszło w powiatowej oświacie do poważnych nieprawidłowości.

W tej całej przykrej sytuacji najbardziej tracą szkoły w Świdniku, Piaskach i Trawnikach i o nie najmocniej się martwię
Po wyborach samorządowych w 2014 r. władza w powiecie świdnickim przeszła z rąk prawicy w ręce koalicji PO-PSL-lewica. Ta po kilku miesiącach zlikwidowała moje stanowisko pracy. Choć nadal jestem w starostwie, od ośmiu miesięcy nie mam określonego stanowiska ani zakresu czynności. Zostałem odizolowany od dawnych współpracowników. Wielokrotnie były wywierane na mnie naciski, abym sam zwolnił się z pracy.

Właściwym powodem prób pozbawienia mnie z pracy są moje poglądy polityczne, a także sprawowanie mandatu radnego. Jestem wiceprzewodniczącym prawicowego Klubu Rodzina i Prawo w Radzie Miasta. Jako publicysta przez lata otwarcie krytykowałem także w mediach politykę edukacyjną rządu PO-PSL. Byłem też rzecznikiem prasowym poprzedniego Zarządu Powiatu o innym kształcie politycznym. Polityczny motyw dyskryminacji nie jest moim domysłem. Zadeklarował go wprost, w grzecznej formie, starosta Dariusz Kołodziejczyk (PSL). W rozmowie ze mną w kwietniu tego roku skłaniał mnie do tego, abym sam zwolnił się z pracy. Wskazywał, że ciężko mi będzie pełnić  podwójną rolę: urzędnika i polityka. Wyraził przekonanie, że na tej linii może powstać konflikt interesów. W tej chwili te słowa się potwierdzają. Konflikt ze mną o motywacji politycznej wywoływany przez obecny Zarząd Powiatu osiąga apogeum.

W piśmie do Rady Miasta przedstawiciele powiatu zarzucają mi, jako byłemu naczelnikowi Wydziału Edukacji, niedostateczny nadzór nad szkołami, a co za tym idzie odpowiedzialność za nadmierne naliczenie subwencji oświatowej (warto podkreślić, że środki te w całości trafiły do szkół). Po kontroli Urzędu Kontroli Skarbowej świdnickie starostwo ma zwrócić nienależnie pobrane pieniądze.

To pomówienie. Zarząd Powiatu usiłuje przypisać mi odpowiedzialność za nieprawidłowości za lata 2011-2014. Jest tymczasem dokładnie odwrotnie, to ja naprawiłem wcześniejsze błędy. Za nieprawidłowości współodpowiada pan Waldemar Białowąs (PO), a ja doprowadziłem do ich zredukowania. To wicestarosta Białowąs (w latach 2006-2010 członek Zarządu Powiatu) wraz ze skarbnikiem Janem Chabrosem ponosili współodpowiedzialność za ustalanie wysokości i rozliczenie subwencji za rok 2011. Gdy objąłem stanowisko w połowie 2012 roku, zgodnie z oczekiwaniami Zarządu kierowanego przez Mirosław Króla (PiS), podjąłem działania naprawcze, których efekty ilustrują wyniki kontroli: w 2014 roku z pewnymi wyjątkami prawidłowo ustalono dane do naliczania subwencji (usunięto 90 proc. błędów porównując z rokiem 2013).

W tej całej przykrej sytuacji najbardziej tracą szkoły w Świdniku, Piaskach i Trawnikach i o nie najmocniej się martwię. Z dużą dozą prawdopodobieństwa ani wicestarosta Białowąs, ani skarbnik Chabros nie dokonują dostatecznego wglądu w aktualny kształt subwencji oświatowej. Niestety usunięto stanowisko naczelnika i nie ma się tym kto zajmować. Tymczasem, jak pokazały kontrole, ze sprawą tą wiąże się wielka odpowiedzialność. Mam poważne podejrzenia, że w ostatnim roku w starostwie doszło już do nieprawidłowości w tym względzie. Mimo mojej nieunormowanej sytuacji jako pracownika liczyłem dotąd, że zdołam wpłynąć na bieg tych spraw. Dziś zaczynam w to wątpić i rozważam,  czy w związku z moimi podejrzeniami nie podjąć stanowczych kroków prawnych.

Radosław Brzózka pracuje w samorządowej administracji od 2003 r. Do 2007 był zatrudniony w Wydziale Oświaty i Wychowania Urzędu Miasta Lublin, następnie przeszedł do starostwa w Świdniku. Najpierw był tam rzecznikiem prasowym, a później – w latach 2012-2015 – naczelnikiem Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu. Od lat angażuje się w życie społeczne. Jest radnym Rady Miasta Świdnika, członkiem zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Lublinie oraz członkiem Stowarzyszenia Realitas.pl, współpracuje także ze Wspólnotą Świdnicką. Ukończył teologię na KUL, gdzie studiował także filozofię. W roli publicysty współpracuje m.in. z Telewizją Trwam.

czwartek, 26 listopada 2015

Życie to nie testy, czyli oświata w expose

Wybaczcie, ale jeszcze o dużej polityce. Oparty na dobrym fundamencie plan dla oświaty jest jednym z kluczowych elementów strategii narodowego odrodzenia zaprezentowanej przez Beatę Szydło.

Realistyczny fundament

Jak zgodnie orzekli komentatorzy w centrum expose znalazł się rozwój. Z satysfakcją trzeba dodać, że nie jest on przez B. Szydło rozumiany jako bezduszny proces społeczny czy ekonomiczny. Nowy rząd myśli o rozwoju personalistycznie, skoro kładzie tak silny akcent na politykę prorodzinną i pronatalistyczną (nad Wisłą wyłania się wyspa w Europie pogrążonej w odmętach antynatalizmu!)

Fot. Premier.gov.pl

Takie odczytanie programu rządu jest jak najbardziej uzasadnione. Nie tylko dwie pierwsze naturalne inklinacje ludzkiego bytu (do życia i przekazania życia) w nim przywołano. Planowany rozwój ma oprzeć się na uruchomieniu „wielkiej rezerwy”, a jest nią potencjał intelektualny Polaków – czyli ich rozwój osobowy w najzwięźlejszym ujęciu.

Zadaniem państwa jest oczywiście dać tym najważniejszym na świecie sprawom ludzkim podstawy materialne. Właśnie w kontekście rozwoju ekonomicznego pojawia się w expose pierwsze odniesienie do oświaty, konkretnie do szkolnictwa zawodowego. Rozważania te pierwszy raz od wielu lat brzmią wiarygodnie, bo padają na tle wszechstronnego planu ożywienia rodzimej gospodarki. To już nie anonimowe siły „rynku pracy”, ale rozpędzająca się do skoku cywilizacyjnego gospodarka narodowa będzie usensawniać i konkretyzować kształcenie fachowców wielu branż na poziomie średnim i wyższym.

Rodzina i wspólnota lokalna

 
Zanim usłyszeliśmy poświęcony oświacie fragment expose, w centrum uwagi ponownie znalazła się rodzina, a także społeczność lokalna. Domową wspólnotę symbolicznie umieszczono w nazwie ministerstwa. W tym kontekście padła zapowiedź rozbudowy, częściowo bezpłatnej, sieci przedszkoli. Przy tym fragmencie zapalmy jednak nowej ekipie lampkę ostrzegawczą. Takie działanie ma być zawsze odpowiedzią na rzeczywisty popyt na opiekuńczą usługę, nigdy – próbą jego kreowania. Feministycznym demiurgiem w tej materii starała się być J. Kluzik-Rostkowska, poprzednia szefowa MEN, ale wcześniej także minister w rządzie PiS. Podtrzymano także zapowiedź powrotu do szkół gabinetów stomatologicznych i lekarskich.

Najważniejsza jednak była deklaracja powstrzymania, a niekiedy odwrócenia procesu „zwijania państwa” na prowincji. Ma powrócić zainteresowanie rządu m.in. szkołami i bibliotekami w terenie. Charakterystyczne, że na zapowiedź tę zareagował zaniepokojeniem lider PSL W. Kosiniak-Kamysz, przemawiając w imieniu „dobrych gospodarzy” lokalnej Polski z jedynie słusznej na wsi i w powiatach partii.

Strategia renesansu polskości
 
Treści oświatowych akapitów nie przynoszą żadnego zaskoczenia. Nadzieje, które niosły przedwyborcze zapowiedzi, przemieniają się w nich w plan działania. Brzmi on może nawet lepiej niż wcześniejsze obietnice, bo potwierdza się w nim personalistyczny punkt widzenia. Nie jest to wizja reformowania oświaty, ale bardzo już konkretne kroki ku renesansowi kultury polskiej w głowach młodego pokolenia.

W pierwszej kolejności zostaną wysłuchani rodzice. Koniec z branką sześciolatków. Mocny akcent padł też na kwestię nauczycielskiego autorytetu. Rząd zadeklarował, że dokonując zmian, nie chce uderzać ani w nauczycielską powagę, ani w materialne interesy pedagogów. Ich doświadczenie, ich potencjał ma być wykorzystany. Nic nie wskazuje na zwolnienia w szkołach, o które wrzawę podnoszą lewicowe media i organizacje. Zawód nauczyciela ma natomiast zyskać pozycję i godność, służąc sobie właściwemu celowi: dobremu kształceniu i wychowaniu.

Uwiarygodnia takie deklaracje sposób rozumienia przez nowy rząd procesu edukacyjnego, który opisano na tle krytyki testowego systemu sprawdzania wiedzy. Efektem kształcenia ma być znowu realna wiedza i właściwa postawa, silne poczucie tożsamości narodowej i patriotyzm. A skoro do szkoły powracają wysokie wymagania merytoryczne – mądry nauczyciel na nowo staje ze swoją powagą w centrum spraw oświatowych. Czym jest „dobra zmiana” w polskiej polityce pokazują niezwykle silne oklaski, które otrzymała w parlamencie zapowiedź przywrócenia pełnego nauczania historii i klasycznego kanonu lektur.

Na takim tle dopiero można powrócić do tego, od czego zaczyna się zwykle wrzawa medialna. To propozycja zmiany strukturalnej. Kosztem likwidacji gimnazjów ma w niej na nowo poważny kształt przybrać liceum ogólnokształcące (i technikum). Inne organizacyjne zmiany to tzw. likwidacja godzin karcianych czy odbiurokratyzowanie oświaty. Z ust premier Szydło padła zapowiedź środowiskowych uzgodnień i tam właściwe miejsce do zważenia wszystkich za i przeciw (a nie na Facebooku, gdzie „ruch oporu” składający się z czternastolatków werbuje „Gazeta Wyborcza”).

Kultura i media także wychowawcą


Jak już zaznaczyłem, ten pilny plan naprawy polskiej szkoły wpisany jest w szerszą strategię. Może się ona okazać bezlitosna dla rozpasanych w wielu dziedzinach polskiego życia, pochodzących z importu – ideologii. Trzeba je wyrzucić nie tylko ze szkoły, bo kształcenie i wychowanie nie odbywa się w oświatowym rezerwacie. Przygotowuje adeptów dla szkolnictwa wyższego, dla służącego prawdzie, autonomicznego może znów wkrótce uniwersytetu. Swoją misję szkoła prowadzi w otoczeniu zjawisk kultury i przekazów medialnych, do których – jak wynika z ekspose – ma szansę wrócić duma i prawda.

Warto o ten wielki projekt zatroszczyć się na wiele sposobów. Oby były wysłuchane wszystkie dobre rady, pozwalające uniknąć błędów. Trzeba też go osłonić przed już szturmującymi obrońcami „nowoczesności”. Oby polska szkoła dała radę.

wtorek, 17 listopada 2015

MEN. Lekcja 1. Temat: Autorytet

Bardziej niż wszelkie zmiany struktur, a nawet programów edukacyjnych – potrzebne jest polskiej szkole odrodzenie autorytetu nauczyciela. Sprawie tej wiele może pomóc nowy minister edukacji. Pod jednym wszakże warunkiem: że sam będzie autorytetem.
Fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

Witając z nadzieją panią minister Annę Zalewską zerkam na jej postać właśnie pod tym kątem. Jej biografia wskazuje, że zna realia pracy w szkole. Dla uczącej języka polskiego i pełniącej rolę wicedyrektora szkoły osoby „lekcja”, „temat”, a także rada pedagogiczna i jej dokumenty, problemy wychowawcze, przygotowania do ważnych sprawdzianów, olimpiady czy prowadzenie koła zainteresowań – to chleb powszedni.

Były wicestarosta świdnicki zna także realia zarządzania oświatą w samorządzie. Hasła „rekrutacja do szkół w warunkach niżu demograficznego”, „subwencja powiatu”, itp. także powinny więc brzmieć znajomo. Najbardziej przydatne dla „technicznej” strony pracy w ministerstwie będzie na pewno doświadczenie z prac legislacyjnych w sejmowej komisji zajmującej się edukacją.

Czy to dobry fundament pod autorytet ministra? Oczekujemy od niego uzasadnionej i sprawdzonej przez życie wiedzy. Streszczone powyżej doświadczenie życiowe Anny Zalewskiej nie sytuuje jej na pewno w arcyelitarnym gronie ekspertów w zakresie edukacji. Także jej doświadczenie polityczne nie predestynuje jej w sposób oczywisty do pierwszoplanowych ról.

Nauczycielski punkt widzenia może, ale nie musi jej pomóc w sytuacji, gdy już nie może być koleżanką z rady pedagogicznej. Musi przecież spojrzeć na swoje nowe zadanie z perspektywy odpowiedzialności w skali kraju za wielkie dobro, któremu na imię „uczenie się” i „nauczanie”, ale także z perspektywy odpowiedzialności za skomplikowaną grę interesów, które kłębią się wokół polskiej szkoły.

Możemy zatem stwierdzić, że energiczna, radząca sobie w mediach parlamentarzystka musi dopiero zbudować swój autorytet w oczach nauczycieli, rodziców i uczniów. To, że nie rozpoczyna od naturalnego „urzędowego” autorytetu (który w Polsce niesie ze sobą choćby tytuł profesorski) nie znaczy, że nie może go wypracować w toku urzędowania.

Zadanie to niełatwe. Każda osoba podejmująca się kierowania MEN ma bowiem na stracie niechęć mediów, które są nie tylko antypisowskie, ale także antyautorytetowe.  Namaszczony przez Kaczyńskiego szef oświaty będzie też a priori wrogo postrzegany przez niemałą części środowiska edukacyjnego.

To, czy pani minister urośnie do roli autorytetu, zależy jak się wydaje od dwóch rzeczy. Pierwszą z nich są drzemiące w obejmującym urząd polityku PiS pokłady własnej osobowości: talenty i siła charakteru.

Drugim katalizatorem autorytetu będzie posiadana i realizowana w nowej roli formacja ideowa Anny Zalewskiej. Czy jej prawdziwym oblicze stanowią odważne wypowiedzi w tematyce bioetycznej wygłaszane w poprzedniej kadencji sejmu? Czy dobrze odgadujemy szlachetny nonkonformizm, gdy śmiało rozróżniania między kulturą a prowokacją i bluźnierstwem (casus „Golgota picnic”)? Czy więcej mówi o niej raczej dokonany przed laty akces do partii lewicowego salonu – Unii Wolności?

Stawiając szczere pytania życzę pani minister i Polsce, aby stała się na długie lata autorytetem. Aby niezłomnie świadczyła swoją postawą o znaczeniu rzetelnego wykształcenia i formowania charakteru. Aby potwierdziła to prawymi i sprawiedliwymi strategiami i prawami dla polskiej edukacji. Niech starczy jej w tym determinacji, nawet jeśli przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę z racji ataków ośrodków demoralizacji i tych, którzy dadzą im posłuch.

Być może przy deficycie autorytetu w edukacji na odsiecz polskiej szkole będą musiały ruszyć mistrzowskie postaci spoza budynku za Szucha. Poważnie pokierowana oświata może zapewne liczyć na protektorat pana prezydenta, indywidualny i zbiorowy autorytet powag naukowych czy tych wywodzących się ze świata twórców.

To konieczne, aby po rządach centroprawicy w Polsce nie powtórzył się wariant hiszpański. Tam zaniedbanie troski o ideowy kształt świata nauki i edukacji przygotowało grunt pod rządy jednego z czołowych niszczycieli cywilizacji europejskiej – José Zapatero. Hiszpański premier zubożył szkołę, rugując z niej religię. Nowe rządy w Polsce niech nie przeszkadzają (lekarskie primum non nocere!) rozwijać się pełnej kulturze. Niech zamkną drzwi za starymi i nowymi marksistami.

piątek, 30 października 2015

Dyrektor szkoły – klasyfikacja gatunkowa

Przez ostatnie osiem lat recenzowałem pomysły i działania kolejnych ministrów ds. oświaty. To pierwszy krok, by przyjrzeć się się polityce edukacyjnej.

Było to zadanie nietrudne i niewdzięczne. Nietrudne – bo niski lot kolejnych lokatorów gabinetu na Szucha nie zmuszał do polemizowania z subtelnymi intelektualnie koncepcjami. Niewdzięczne – bo sprowadzało się coraz bardziej do katalogowania absurdów i konkretnych szkód, które generowane było w MEN. A żadna to radość być kronikarzem upadku tak ważnej dziedziny życia polskiego.

Dziś ciekawość intelektualna popycha mnie gdzie indziej. Z najwyższego szczebla polityki edukacyjnej proponuję Drogiemu Czytelnikowi przenieść się na najniższy. Pożegnawszy ministrów edukacji (przywitać nowego odpowiednim wpisem oczywiście nie omieszkam) wyjdźmy na spotkanie dyrektora szkoły. Zapewne w jego gabinecie spotkamy cienie i blaski polityki na miarę gminy czy powiatu. Ale jego biurko, komputer i głowę wypełniają sprawy inne, sprawy zarządzania konkretną instytucją oświatową.

Wraz z hipotetycznym dyrektorem spróbuję poszukać inspiracji tam, gdzie sam już ścieżkę wydeptałem: u klasyka etyki wychowawczej oraz w poglądach na społeczne relacje zakorzenionych w staropolszczyźnie. „Wsadzimy nos” także do współczesnych teorii zarządzania czy dobrych praktyk, których nie brakuje w polskiej oświacie w Roku Pańskim 2015.

Jak bardzo niesympatycznie brzmiałoby to w uszach humanistów dla opisu zarządzania szkołą wygodnie jest wyróżnić w nim różnorodne procesy. Wśród nich są takie, które w bardzo znaczący sposób różnią się od dynamiki właściwej innym instytucjom oraz takie, które posiadają liczne podobieństwa z tym, co dokonuje się w innych organizacjach.

Do jakiego rodzaju należy szkolny "dyr", a jaka jest jego differentia specifica? –  fot. Thomas Lefebvre
 
Trudno nauczanie – np. odbywające się w szkole zawodowej kształcenie przyszłej inteligencji technicznej – sprowadzić do procesów spotykanych w innej firmie (nawet firmie szkoleniowej). Nie sposób też udawać, że wsparcie wychowawcze, którego szkoła udziela uczniowi (a zarazem jego rodzinie) da się opisać analogicznie jak procesy związane z rozmaitymi usługami. Wreszcie grono pedagogiczne to także absolutnie wyróżniający się „personel firmy”, kształtujący się i doskonalący specyficznie.

Z drugiej strony szkołę jako instytucję w środowisku lokalnym można opisać poprzez podobieństwa do dwóch niepodobnych rzeczy: organizacji pozarządowych i instytucji publicznych. Przyglądając się przykładowemu technikum będę oczywiście (dlaczego oczywiście? Warto poczytać poprzednie posty) kładł akcent na pochwałę tego co oddolne, samorzutne, co jest wspólnotą i samo-rządzeniem się.

Bez uprzedzeń trzeba także spojrzeć na dorobek współczesnej nauki o zarządzaniu. To świat daleki i nieprzyjazny dla większości bywalców pokoju nauczycielskiego. Jestem jednak gotów przekonywać, że gdy będziemy pielęgnować zrozumienie i realizację właściwego celu szkoły – odrobina sznytu korporacyjnego wyjść może na zdrowie.

Nie ma sensu nawet dyskutować o jakichś nadzwyczajnych regułach kierowania stroną materialną szkoły. Zarządzanie nieruchomościami, inwestycje, remonty, doposażanie – tu nie można się tłumaczyć misją, to trzeba zrobić według standardów XXI wieku. Dobrzy dyrektorzy to wiedzą, zaciskają swoje nauczycielskie zęby i dają radę!

Taki oto spis treści stanowi dzisiejszy post. Przeczuwam, że jednym z głównych wniosków z umysłowych wędrówek będzie świeże i ostre ujrzenie wspólnoty mistrzów i uczniów osadzonych w racjonalnie urządzonym gnieździe-instytucji. Nie będę udawał, że rozwinięcie wywodu jest gotowe. Ale poletko w umyśle już wykiełkowało, i mimo zimy liczę na owocowanie. Blogowy „poczęstunek” jak dotychczas – co dwa tygodnie.

piątek, 16 października 2015

Drożdżówki, „Kordian” i oświatowy renesans


Na lipcowej konferencji programowej PiS osoby ze ścisłego zaplecza politycznego partii omówiły zarys strategii dla oświaty. Jakie – realne przecież już i bliskie – szanse dla polskiej edukacji niesie ze sobą gabinet Beaty Szydło?

Wydaje się, że możemy liczyć na pełniejsze rozumienie nauczyciela i ucznia, na harmonię kształcenia i wychowywania. Eksperci PiS zapowiadają odrodzenie programowe szkoły i powrót do zdroworozsądkowych metod nauczania. Dobre perspektywy otwierają się przed przedszkolakami, w tym sześciolatkami, a także przed szkolnictwem zawodowym.

Nie fundujcie nam oświatowej rewolucji. Rozpocznijcie renesans narodowej kultury. Fot. KW PiS

Mocnym punktem wyjścia autorów programu jest trafna diagnoza istotnych problemów, zestawiona zwłaszcza lapidarnie przez S. Kłosowskiego. Widać, że nie zlekceważono szerokich społecznych odczuć (np. sprawa sześciolatków). Także krytyczne głosy narodowej elity, w tym środowiska akademickiego (np. krytyka „testowych” egzaminów), mają odzwierciedlenie w planach przygotowanych dla przyszłego rządu.

Mistrz i uczeń
 
Najważniejsze są oczywiście osoby: nauczyciela i ucznia. PiS (zwłaszcza ustami Witek) zapowiada podniesienie moralnej i społecznej rangi pedagogicznego zawodu, tak aby nauczyciel na nowo był dla wychowanka mistrzem. Jego autorytet ma górować zarówno nad prowadzonym przez niego uczniem, jak i nad techniczną stroną systemu oświaty. Bardzo dobrym, realnym krokiem w tę stronę jest propozycja powiązania nauczycielskiego awansu zawodowego z realnym rozwojem intelektualnym – uzyskaniem stopnia doktora z zakresu nauczanego przedmiotu lub pedagogiki.

W wizji absolwenta pobrzmiewa nieco nadmiernie aspekt „kolektywistyczny”, ale trudno ostatecznie się z nią nie zgodzić. Szkoły mają opuszczać „ludzie światli i samodzielnie myślący, wiążący własną pomyślność z rozwojem ekonomicznym swojej ojczyzny, aktywni jako obywatele i członkowie wspólnot lokalnych”.

Odrodzenie programowe

Najpilniejszą zmianą jest odrodzenie programowe szkoły. Prof. A. Waśko zapowiada Narodowy Program Nauczania (wprost program, a nie podstawa programowa?) – „dostosowany do potrzeb obraz dorobku naszej cywilizacji i kultury złożony ze treści najważniejszych”. Dobrze, że już wkrótce wpływowe osoby rozumieją przebieg nauczania poszczególnych przedmiotów jak zapoznawanie uczniów z całościowymi paradygmatami dziedzin wiedzy. Zapowiadają też odejście od utopijnej wizji uczenia „problemowego” (we fragmentach) młodych nie posiadających elementarnej wiedzy z danej dziedziny.

Eksperci PiS podkreślają rolę wychowawczą (a moje środowisko podkreśla od zawsze – rolę kształcącą!) nauczania historii i zapoznawania z kanonem literatury. Arcydzieła znów mają być czytane w całości. Jeśli oświatowym „sukcesem” PO jest przywróceniem do szkół drożdżówek, a „sukcesem” PiS będzie przywrócenie „Kordniana” – trudno o bardziej imponujący kontrast. Przy takiej zmianie programowej zamiar wyzwalania z „pedagogiki wstydu” brzmi poważnie. Pochwalić należy także świadomość, że tak kluczowe zmiany będą wymagały działań rozważnych, stopniowych.

Mądrość znów w cenie?

Mając poważny przekaz należy zmienić metodologię działania. Oczekuję więc niecierpliwie na zapowiadane przez prof. Waśko odejście od profilowania kształcenia ogólnego (które jest już takie tylko z nazwy; tak jak mamy licea z nazwy już tylko ogólnokształcące), które funkcjonuje od drugiej klasy szkół ponadgimnazjalnych. Ekonomistyczna (ideologiczna i ideologizująca!) motywacja takiego ukształtowania oświaty niech stanie się niechlubną przeszłością. Eksperci mają świadomość, że nie można uczyć w pierwszej kolejności pod kątem użyteczności wiedzy, że ważna jest sprawność w przeprowadzaniu rozumowań, powiązanie dziedzin wiedzy. Takie efekty można osiągnąć ucząc całościowo i systematycznie, nie rezygnując z porządkowania i zapamiętywania wiedzy.

Kształcenie pamięci, czy posiadanie utrwalonej wiedzy nie jest niczym nagannym – twierdzą uczestnicy konferencji programowej. A to przecież herezja w czasach, gdy pedagogika angażuje większość swoich sił w walkę z „nudą” (czyli m.in. z wysiłkiem woli i rozumu); w nie kończące się „aktywizowanie” i tak chorobliwie pobudzonych uczniów; w poszerzanie zastosowań technologii komunikacyjno-informacyjnej, przy pomocy której młodzi i tak w każdej wolnej chwili zabijają swoją wyobraźnię i koncentrację.

Odrzucając utylitarną wizję kształcenia eksperci PiS postępują konsekwentnie i odcinają się od form testowych w egzaminowaniu. Mamy bowiem przygotować wolnych ludzi, zdolnych do życia w wolnym narodzie i suwerennym państwie, a nie współczesnych „niewolników” sprawnie wchodzących na przemian w rolę trybiku w produkcji i uczestnika konsumpcji masowej papki. Stąd akcent na opisowe formy egzaminowania sprawdzające wiedzę, umiejętność logicznego myślenia, zdolność do działań twórczych.

Kolejna zapowiedź PiS-u to ściślejsze powiązanie szkolnictwa średniego ze szkolnictwem wyższym poprzez takie elementy jak: matura akademicka, programy nauczania, podręczniki czy kształcenie nauczycieli. Spoiwem ma szansę stać się nie tylko rekrutacyjny marketing, ale szersze uznanie dla powagi świata akademickiego w systemie oświatowym.

Polscy fachowcy dla polskiego przemysłu

Krytykę niewolniczego charakteru obecnego modelu edukacji należy także odnieść do kształcenia zawodowego. Jego praktyczne ukierunkowanie nie może oznaczać rezygnacji ani z rzetelnej wiedzy, ani ze sprawności w rozumowaniu, ani z motywowania do twórczych, innowacyjnych działań. Bardziej wiarygodnie w ustach ekspertów PiS niż w wypowiedziach drożdżówkowej negocjatorki, brzmią zapowiedzi powiązania szkolnictwa zawodowego z gospodarką polską i polskim rozwojem. Dopiero wtedy realną perspektywą stanie się kształcenie dualne (w szkole i u pracodawcy) czy jego modułowa formuła. Mantra powtarzana przez ostatnich ministrów: dostosowanie oferty szkolnictwa do potrzeb rynku pracy – może zyskać na realizmie, gdy... ten rynek odżyje.

Normalność nie tylko dla sześciolatków

Zgodnie obiecują wreszcie eksperci z drużyny Beaty Szydło uporządkowanie spraw, które PO zabagniło najbardziej. Możemy więc liczyć na normalizację w funkcjonowaniu przedszkoli. Nie będzie już piętnowana w nich nauka czytania i pisania, wrócą do łask podręczniki i zajęcia dodatkowe (politycy Platformy wtykali w to wszystko nos tropiąc „nierówności”). W szczególności zerówki zostaną dowartościowane jako miejsca edukacji. Przesądzone jest zniesienie obowiązku szkolnego sześciolatków.

W programie PiS pada obietnica o pierwszorzędnym znaczeniu: nauczyciele odzyskają narzędzia przywracające dyscyplinę w szkolnych murach (z dużą ciekawością czekam na szczegóły). Na pewno nie zaszkodzi sprawie obiecywany wzrost płacowego dodatku nauczycielskiego za pełnienie obowiązków wychowawcy klasy.

PiS chce też zlikwidować inną fikcję. Rząd PO wpisał do rozporządzeń, że każda szkoła realizować ma szczególną pomoc psychologiczno-pedagogiczną dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Oczywiście placówki realizujące masową edukację nie mają potrzebnego na to czasu i odpowiednich specjalistów. A przecież system oświaty ma ich w poradniach psychologiczno-pedagogicznych i w szkolnictwie specjalnym. Do ogólnodostępnych szkół wrócić ma  natomiast dentystka i pielęgniarka. Od tak dawna się o tym mówi, niech wreszcie ktoś to zrobi!

Nie żałowałem krytyki stronie finansowo-organizacyjnej oświatowego programu PiS. Trzeba jednak zauważyć te stwierdzenia, które budzą uznanie. Pada obietnica wzmocnienia finansowego samorządów – gospodarzy szkół, które znalazły się w krytycznej sytuacji ekonomicznej. Środki pozyskane ze sprzedaży budynków oświatowe, które przestały służyć edukacji mają zasilić Narodowy Fundusz Oświaty. Pada wreszcie ważna deklaracja, że swoją misję będą mogły spokojnie kontynuować szkoły specjalne. Oby stało się standardem, że nie neguje się polskiego dorobku pedagogicznego za pierwszym powiewem zagranicznych mód edukacyjnych.

***

Program edukacyjny PiS ma wady (pisałem poprzednio o elementach populizmu i centralizmie)  i zalety. O jego kluczowym pozytywie jeszcze nie napisałem. „Wielka zmiana w polskiej oświacie” zapowiadana przez drużynę Beaty Szydło jest jedynym poważnym programem przedłożonym w Polce AD 2015 do dyskusji. Nie jest nim platformiany PR, nie jest nim także rewindykacyjno-lewacki zestaw postulatów ZNP. Nie są nim tym bardziej pojedyncze hasła rzucane przez innych uczestników politycznej debaty. Oby realizatorzy tej szkolnej wielkiej zmiany sami okazali się wielcy. Nie fundujcie nam kolejnej oświatowej rewolucji. Raczej rozpocznijcie renesans narodowej kultury.

czwartek, 8 października 2015

Samorządna codzienność...

...czyli raporcik ze świdnickiej Rady Miasta

Dzisiejszy wpis ma inny niż zwykle charakter. Za kilka tygodni upłynie rok obecnej kadencji samorządu, także w moim mieście Świdniku. Wraz z siedemnastoma kolegami z Klubu Rodzina i Prawo działamy w dwudziestojednoosobowej Radzie Miasta. Co zrobiliśmy? O co toczą się zmagania? Z perspektywy jesiennego Brzózki wygląda to następująco...

Fot. Rula Sibai
Świdnik!

Przez większość tego roku i do dziś dnia elektryzuje nas temat przetargu na śmigłowiec dla armii. To oczywiście skandal rangi narodowej. Musi się rozstrzygnąć na szczeblu krajowym. Pozytywnie dla przemysłu w Polsce, pozytywnie dla Świdnika!

Jako rada podejmowaliśmy stanowiska i debaty, była manifestacja, jest wspierana przez nas inicjatywa ustawodawcza ws. wzmocnienia przemysłowego potencjału obronnego.

Tematem, który naprawdę rozgrzewa dyskutantów w Radzie jest los obiektów sportowych na ul. Fabrycznej. Tak jak mieszkańcy jesteśmy zniecierpliwieni.

Gorące dyskusje odbywają się niemal przy każdym naszym spotkaniu. Nie tylko na Radzie, także na komisjach czy w Klubie. Jeszcze poczekać chwilę na fundusze unijne czy sięgnąć po kredyt i natychmiast przystąpić do realizacji?

Zdania są różne, ale wciąż jeszcze dajemy posłuch ratuszowym fachowcom od finansowych montaży. Już dziś prawie pewne, że wkrótce zacznie się budowa krytych kortów tenisowych. Bez względu na dylematy finansowe dotyczące całej inwestycji.

Nie będę udawał, że jestem ekspertem w kwestiach sportu. Ale będę stanowczo wspierał przyśpieszenie w tej sprawie.

Białą plamą w świdnickiej debacie publicznej jest sytuacja powiatu: jak służy dziś Świdnikowi? Ja na ponadgminny samorząd wpływam... uczciwie dla niego pracując w Starostwie. Liczę, że koledzy radni, którzy nie są podejrzani o konflikt interesu, podejmą szerzej ten ciekawy wątek...

Rodziny! 

W pierwszych miesiącach 2015 roku moje najbliższe środowisko – Stowarzyszenie Realitas.pl – przeprowadziło III Powiatowy Konkurs z okazji Narodowego Dnia Życia. Tegoroczne hasło: Cud narodzin!

300 młodych ludzi, którzy wysłuchali prelekcji. 300 fejsbukowych lajków „Świdnika dla Życia”. 130 fantastycznych prac dzieci i młodzieży. Dziesiątki zaangażowanych nauczycieli. Bogate nagrody, upominek dla każdego, dyplomy. Radość, entuzjazm dla życia, zachwyt rodziną, przesłanie Jana Pawła II!

Ten konkurs był zagrożony. Uratowaliśmy go. Bardzo pomógł burmistrz, tego współpracownicy. Przyjęło nas z otwartością Gimnazjum nr 1. Dziękujemy!

Rodziny nie żyją tylko miłością. Choć są „rezerwatami” miłości w zwariowanym świecie. Dlatego upomniałem się o prorodzinny system opłat za wywóz śmieci. Skoro jest możliwy za miedzą w Lublinie... Ratusz podobno już przed moją zachętą pracował nad tematem. Świetnie. Czekamy na efekty!

Nauczyciele!


Minister edukacji ogłosiła rok czytelnictwa. Ale zaczęła szybko kompromitować temat. Okazało się, że szkolnym bibliotekom potrzebne książki o wegetarianizmie i parę innych głupstw. Tak zamanipulowano internetowy sondaż na początku roku.

W marcu postanowiłem zareagować (wraz z Narodowym Świdnikiem, Strzelcem i Wspólnotą Świdnicką). Włączyliśmy się w starania krakowskiej fundacji zabiegającej o wpisanie do kanonu lektur „Raportu” z Auschwitz Witolda Pileckiego.

Kluzik-Rostkowskiej nie przekonaliśmy. Ale burmistrz stanął na wysokości zadania. W gimnazjalnych i licealnej bibliotece dokument pióra rotmistrza Pileckiego, a także wspomnienia „I boję się snów” z Ravensbruck Wandy Półtawskiej mają być łatwo dostępne.

Oświatowe tematy roztrząsam oczywiście przy każdej okazji. To często szczegółowe dyskusje finansowe, pozwalających się zapoznać z sytuacją i pracownikami ratusza, którzy ją tworzą. Rozważania o poziomie finansowania edukacji, płacach w oświacie czy wieku emerytalnym ostatecznie kierują nasz zaniepokojony wzrok na władzę centralną.

Najnowszy temat to doskonalenie zawodowe nauczycieli. Rząd zmienia reguły. Zleca ten temat poradniom psychologiczno-pedagogicznym nie dając pieniędzy. Nauczyciele nie będą się już rozwijać według dotychczasowych reguł finansowych. Czy stracą? O to właśnie pytałem ostatnio miejskich urzędników, którzy chyba się jeszcze sami nie orientują...

Stowarzyszenia  i fundacje!

Od początku poważnie traktuję organizacje pozarządowe. W interpelacji upomniałem się o udogodnienia dla rowerzystów na Dniach Świdnika. Prosił mnie o to Świdnik dla Rowerów. W innym piśmie do ratusza pytałem o dostęp do lokali dla organizacji pozarządowych. Ten postulat Stowarzyszenia „Modrzew” pozostaje wciąż aktualny.

Atakowana normalność! Prześladowani chrześcijanie!

Nie będę wchodził w szczegóły, ale już w styczniu zachęciłem kolegów radych do akcji. Zwróciliśmy się do Sejmu. Chcieliśmy powstrzymać konstruowanie narzędzi administracyjnych dla promocji w szkołach ideologii gender. Sam niepokojący przepis przyjęto, ale społeczny sprzeciw wokół manipulacji płcią narastał m.in. z naszym udziałem. Na szczęście gorszyciele chyba się trochę cofnęli.

Zanim wybuchł kryzys imigracyjny w Europie Świdnik odniósł się do tematu. Potwierdziliśmy tradycję otwartości. Podjęliśmy uchwałę (napisałem ją z Andrzejem Mańką pod koniec maja) wyrażającą troskę o prześladowanych syryjskich chrześcijan.

Jednocześnie pokazaliśmy to, czego nie rozumie rząd, czego nie rozumie Unia. W okazywaniu miłości miłosiernej też trzeba zachować porządek (ordo caritatis). On nakazuje pomóc tym, którzy mają powody na nas liczyć szczególnie; pomóc tym, którym najbardziej możemy pomóc. Stąd troska właśnie o naszych braci w wierze – wyznawców Chrystusa, którzy są prześladowani.

Świdnicka „dziewiątka”!


– al. Lotników Polskich 28, Bankowa, Kilińskiego, Skłodowskiej, Niepodległości nieparzyste 1-13, Spółdzielcza, Wyspiańskiego 13-25, Środkowa

Nie tylko moje, ale i innych radnych, zainteresowanie budziła kwestia budowy ul. Środkowej i Kilińskiego. Z początku burmistrz zapowiadał początek inwestycji wraz z nadejściem wiosny.

Czas mijał i na progu lata okazało się, że sąsiadujący z ulicami skwerek może się zamienić w jeden duży parking. Mieszkańcy solidarnie zgłosili sprzeciw. Towarzyszyłem im w tych zmaganiach. Miejsce rekreacji i zielony „oddech” dla miasta uznali za ważniejsze od „swobody” dla samochodów.

Na tym terenie zaplanowano więc tylko niewielki parking i inwestycja wkroczyła w fazę realizacji. Przy okazji wypracowano też „postojowe” udogodnienie dla rodziców przedszkolaków z „szóstki”. Dopiero wtedy sąsiadujące z terenem starostwo i hotel zgłosili (nieskuteczne) weto.

Parkingi w centrum (zwłaszcza te, z których trzeba przejść kilkadziesiąt metrów, aby dojść do różnych instytucji) nie są w pełni wykorzystane. Jak to mówi prezydent Duda: zrównoważony rozwój to przyszłość Polski (i nadzieja dla mieszkańców centrum Świdnika).

Drugi temat ważny dla naszego zakątka miasta to brak normalnego nocnego spokoju, którego doświadczają mieszkańców bloków Bankowej 6 i Środkowej 14. Trzy sąsiadujące lokale gastronomiczne „wypuszczają” w środku miasta persony, które zakłócają ciszę nocną, dopuszczają się aktów wandalizmu i agresji słownej. Rozmowa z burmistrzem, interwencja na policji, w straży miejskiej i w komisji rozwiązywania problemów alkoholowych... Na efekty czekamy niecierpliwie.

Niezależność i samorządność!


Kończący się rok pracy dla Lotniczego Miasta. Potwierdził on, że Rada Miasta przy wybranym przez mieszkańców burmistrzu ma ograniczoną rolę do odegrania.

Umiarkowanie intensywna jest też  aktywność mieszkańców. Ludzi pochłaniają codzienne troski. Trapi ich obawa o utratę minimalnych często warunków do życia własnego czy rodziny (praca, przychylność wpływowych osób). To blokuje społeczną aktywność, nawet otwartą dyskusję o problemach.

Pokolenie moich rodziców upominało się o wolność i niepodległość pod znakiem „Solidarności”. W 1980 roku zaszyfrowali w znanym skrócie NSZZ dwie niezwykle ważne sprawy: niezależność i samorządność. W życiu codziennym są tak potrzebne jak świeże powietrze. Dziś muszą one odzyskać znaczenie i siłę. Będę o to zabiegał.

Decyzją kolegów radnych nie ponoszę odpowiedzialności za żadne gremium w radzie. Podjąłem się pracy szeregowego członka komisji oświaty i komisji budżetu. Nie mogę pochwalić się, że zasadniczo zmieniłem bieg świdnickich spraw na lepsze. Tym bardziej pozostaję jednak do dyspozycji świdniczan na przyszłość. Nie tylko w wirtualnej, blogowej przestrzeni.

czwartek, 1 października 2015

Szkolne plany „państwowców”

W pierwszej części analizy oświatowego programu PiS wytknąłem jego autorom propozycje populistyczne. Oferta drużyny Beaty Szydło cechuje się jednak nie tylko przedwyborczym obiecywaniem. Dobrze ilustruje również pisowski sposób myślenia o organizacji życia społecznego. Reprezentanci tej partii chętnie definiują się jako „państwowcy”. Podchodzą do instytucji państwa z powagą, ale też przeceniają jej rolę w życiu człowieka i narodu. Może ich centralizm będzie dobrą terapią wstrząsową dla polskiej edukacji? Nie ma co grzebać nadziei, zwłaszcza, że niemało w programie PiS zdrowego rozsądku, realistycznego myślenia o młodym pokoleniu i pedagogach, tonu patriotycznego.

Oderwijmy się na chwilę od kampanii i spójrzmy z lotu ptaka na Europę. Aborcja, eutanazja, homoseksualizm, rola religii, gender, edukacja seksualna w szkole – w spory o te sprawy angażują się państwa zdegenerowanego Zachodu. Wystarczyłoby jednak wrócić do korzeni: zdrowego rozumu i chrześcijaństwa – a sprawy natychmiast załatwione. Wokół państwa (jego spraw wewnętrznych) w naszej cywilizacji warto natomiast zawsze toczyć debatę: autonomia czy centralizm? PiS lokuje się na tym drugim biegunie, także w stosunku do oświaty.

Centralny nadzór nad oświatą

PiS chce dać rządowi silne instrumenty polityki oświatowej (której moim zdaniem powinno być jak najmniej. Oświata to sprawa społeczna, nie polityczna i państwowa). Wykonawcami jego wizji będą minister i kuratorzy. Ci ostatni mają mieć władzę wydawania wiążących poleceń samorządom i wiążących opinii w stosunku do ich kluczowych decyzji. Oznacza to, że urzędnik rządowy, nie martwiąc się w najmniejszym stopniu o budżet danej gminy czy powiatu, będzie w rozstrzygający sposób opiniował kształt organizacyjny pojedynczych szkół i całych ich sieci. Rządowych dążeń dopilnuje w każdym z ponad 300 powiatów kuratoryjny inspektor. Program PiS mocno podkreśla integracyjną rolę oświaty dla życia narodowego. To moim zdaniem pierwsze i jedyne zadanie państwa w oświacie, które definiowałbym raczej negatywnie: nie dopuścić do antycywilizacyjnych i antypolskich działań w szkołach (jakich jak np. propagowanie ideologii gender albo antypolskich haseł na Śląsku).

PiS chce dać rządowi silne instrumenty polityki oświatowej. Fot. Patrik Göthe


Reforma? Apeluję o kontrrewolucję!


Oświatowi politycy opozycji planują oczywiście to, przed czym od zawsze przestrzegam: wielką reformę strukturalną, która ma udoskonalić system edukacji. Ta jednolita struktura to powrót do oswojonego przez starsze, peerelowskie pokolenie schematu kształcenia (wzmiankę o liceach zawodowych pomijam jako absurdalną w świetle niedawnej historii liceów profilowanych). Widać, że refleksja PiS-owskich strategów nie wykracza poza reformę jędrzejewiczowską. Apeluję wprost, gdy nie jest jeszcze za późno: Sięgnijcie po wzorce ze skarbca cywilizacji łacińskiej. Nie zamykajcie oczu na starożytną paideję, dorobek średniowiecznych uniwersytetów i na to, co w polskim szkolnictwie było chwalebnym udziałem w tamtych szczytowych osiągnięciach intelektualnych naszej kultury (rozumienie człowieka i jego kultury właśnie!), że przytoczę tylko gimnazja klasyczne i edukację domową w polskich dworach.

Państwowe programowanie

Po wszystkich sporach o jedynie słuszny podręcznik Kluzik-Rostkowskiej eksperci Beaty Szydło nie zawahali się planować większego wpływu państwa na programy szkolne. Zapowiadają nawet jednolity program edukacyjny dla przedszkoli. Ciekawostką jest też zamiar kontraktowania praktyk zawodowych dla uczniów przez kuratoria (chyba po wybudowaniu w najbliższej czterolatce nowych fabryk?). Upaństwowiony ma być też systemu doradztwa metodycznego i doskonalenia zawodowego nauczycieli (dotychczas samorządowy, niedofinansowany i pozostawiający wiele do życzenia). Koroną tej silnej struktury ma być Narodowy (z nazwy, w rzeczywistości państwowy) Instytut Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników.

Miotła na układy czy bat na polskość?

Może ta niezbyt mi bliska formuła przyda się w krytycznym dla Polski momencie kulturalnej degeneracji? Życzę z całego serca drużynie Beaty Szydło, aby uruchomiwszy opisaną powyżej machinę skutecznie wymiotła z polskiej szkoły szeroko rozumiany postkomunizm. Żeby rozliczyła materialnie i moralnie ZNP. Żeby postawiła tamę wpływom ideowym i organizacyjnym (przez rozmaite fundacje i akcje) środowiska, które symbolizuje „Gazeta Wyborcza”. Żeby przy okazji pogoniła wiszących na tym „okrągłostołowym” układzie rozmaitych „przedsiębiorczych” cwaniaczków.

Jednak w imieniu stronnictwa (oj, bardzo słabego) autonomistów zadam też niepokojące pytanie. Co się stanie, gdy po krótszym lub dłuższym czasie tę machinę przekażecie ludziom pokroju Ewy Kopacz lub Janusza Palikota? Czy nie będzie doskonałym narzędziem do ateizacji polskiej szkoły, szybkiego zaprowadzenia seksedukacji albo lekcji z zakresu eutanazji? Okaże się wtedy, że Polacy są dużo bardziej bezbronni niż przy obecnym (fatalnym!) kształcie systemu oświaty, gdzie  rodzice poprzez pospolite ruszenie, poprzez swoje organizacje i samorząd terytorialny mogą reagować na ideologiczne zapędy polityków na poziomie centralnym.

Ostatnia porcja propozycji programowych, która została do omówienia budzi ufność, że wkrótce zaczną się dobre porządki w polskiej szkole. Po wyborze Andrzeja Dudy pisałem o nadziejach dla oświaty, w następnym wpisie omówię już bardzo realne, bliskie szanse, które niesie ze sobą gabinet Beaty Szydło.

czwartek, 24 września 2015

PiS wita się z oświatową gąską

Wiele wskazuje na to, że za półtora miesiąca władza nad Polską, a więc także nad polską szkołą, przejdzie w nowe ręce. Na razie oczywiście trwa kampania wyborcza. Warunki do poważnej uczciwej rozmowy na temat oświaty jak najgorsze. Ale pytania rodzą się jak najpoważniejsze. Czego się spodziewać w dziedzinie edukacji? Czy mamy podstawy do nadziei czy możemy obawiać się rozczarowania?

Tylko populizm i centralizm, czy także zdrowy rozsądek?

PiS dostarczył nam materiału do badań. Trzy tematy: nauczycielstwo i nadzór pedagogiczny, programy nauczania, struktura systemu oświaty – omówiły na lipcowej konferencji partii osoby ze ścisłego zaplecza politycznego. To dwoje nauczycieli, a zarazem posłów (E. Witek, S. Kłosowski) oraz nauczyciel akademicki z doświadczeniem w roli wiceministra (A. Waśko). Czy PiS ma branżowe zaplecze poza partią? Czy obok specjalistów z różnych dziedzin wiedzy może liczyć na znawców sztuki nowoczesnego zarządzania oświatą? Nie jestem pewien.


Zabierając się do takiej lektury po pierwsze spodziewałem się znaleźć pewną dawkę populizmu (przedwyborcze uroki demokracji). Po drugie znając klimat ideowy PiS, dominujący w nim sposób myślenia o organizacji życia społecznego („państwowcy”) spodziewałem się sporej dozy myślenia centralistycznego. Po trzecie jednak PiS jest reprezentantem „prawicowych” (pojemne hasło) oczekiwań względem życia publicznego, z nadzieją wypatrywałem więc w tekstach porcji zdrowego rozsądku, realistycznego myślenia o młodym pokoleniu i pedagogach, tonu patriotycznego. Nie pomyliłem się.

Obietnice spóźnione

Z populizmem, niebezpiecznie zahaczającym o zwykłą fuszerkę, mamy do czynienia, gdy PiS obiecuje to, co już jest zrealizowane. Dodajmy, że bywają to postulaty nie zawsze trafne. Mówi się więc o statusie funkcjonariusza publicznego dla nauczycieli. Tymczasem pedagodzy posiadają go niezmiennie od czasów, gdy resortem edukacji kierował R. Giertych. Zapowiadana jest likwidacja oceny miernej. Takiej oceny nie ma od wielu lat, zastąpiła ją dopuszczająca. Politycy opozycji zachwalają nauczanie języka obcego od przedszkola. Ta sprawa też jest już przesądzona. Niestety, bo uczenie narzecza znad Tamizy dzieci, które nie opanowały jeszcze mowy ojczystej to wątpliwa sprawa. Parafrazując niedoszłego magistra A. Kwaśniewskiego: PiS-ie, nie idź tą drogą!

Obiecanki cacanki

Niektóre postulaty brzmią niewiarygodnie. Bywają sprzeczne z innymi założeniami projektowanej polityki edukacyjnej. Jak dalej wykażę, rząd Beaty Szydło ma rozbudowywać administrację szkolną i generalnie centralizować oświatę. Jako doświadczony urzędnik i obywatel za żadne skarby nie uwierzę więc, że dojdzie do obiecywanego (któż tego już nie obiecywał) ograniczenia dokumentacji.

Biurokratyczne usztywnienie systemu (wiele władny minister, kurator i reprezentujący ich inspektor w każdym powiecie) nie posłuży też uproszczeniu, ujednoliceniu i scaleniu przepisów. Zwłaszcza, że metodą legislacyjnych porządków ma być wedle zapowiedzi pisanie prawa od nowa. Podpowiadam po raz kolejny metodę brytyjskiej dyplomacji: przepis dodać może ten, kto zaproponuje skreślenie dwóch innych.

Nie budzą wreszcie mojego zaufania ogólniki w stylu: będziemy dużo wymagać, ale także doceniać i nagradzać nauczycieli. Nie towarzyszy im bowiem choćby pół zdania na temat narzędzi zarządzania. Jak wyegzekwować wysokie wymagania stawiane nauczycielom? Jak konkretnie motywować ich do pracy (gdy obiecuje się jednocześnie, że Karta Nauczyciela jest nienaruszalna)? Administrowanie w starym stylu, centralizacja – tylko takich sugestii można się dopatrzeć w wypowiedziach PiS-owskich strategów.

Konwencja bez podlizywania to konwencja stracona?

PiS populistycznie ulega także lobby nauczycielskiemu. Mniej niepokoją mnie obietnice składane pedagogom, bardziej, że nie towarzyszą im rozwiązania dające nadzieję na wzrost efektywności systemu oświaty. Zapowiadając wzmocnienie pozycji nauczyciela wobec rodziców i samorządu – podburza się tylko roszczeniowość postkomunistycznego ZNP i demonstruje państwowy paternalizm. Deklarując likwidację „godzin karcianych” – pomniejsza się liczbę zajęć dodatkowych w szkołach, osłabia narzędzia zarządcze dyrektora. Alternatywnych propozycji brak.

Jak już raz pisałem, chłopcem (i dziewczyną) do bicia są dla PiS-u gimnazja. Pełne rozmachu zamiary reformatorskie i jednocześnie prosty przekaz streszczają się w zdaniu: zlikwidujmy gimnazja. To niebezpieczna ślepa uliczka. Trzeba będzie temu poświęcić kiedyś osobny wpis.

Na razie analiza wygląda jednostronnie krytycznie, ale na tle platformianej mizerii niejedna propozycja lidera przedwyborczych sondaży prezentuje się obiecująco. Niejedna nadzieja świta. Dlatego zapraszam do lektury drugiej części tej analizy. Już wkrótce CDN.

czwartek, 3 września 2015

Z gorszycielami się nie dyskutuje

Tuż przed początkiem roku szkolnego (30 sierpnia) tłum rodziców przeszedł przez Warszawę. Zorganizowała go szeroka koalicja organizacji, wspólnot i przedsięwzięć. Hasło: Stop deprawacji w edukacji. Podzielam diagnozę, która zmotywowała do akcji mimo upalnej końcówki sierpnia: Ministerstwo pod rządami Joanny Kluzik-Rostkowskiej stanowi wielkie (i coraz bardziej konkretne) zagrożenie dla zdrowego prorodzinnego wychowania polskich dzieci.

Stop deprawacji w edukacji!

Działać trzeba szybko i z dużą siłą. Podobnie jak w sprawie przymusu szkolnego dla sześciolatków polityk Platformy dzierżący oświatową tekę jest gotowa posługiwać się metodą faktów dokonanych. Swoje zadanie widzę w zdemaskowaniu intelektualnej i moralnej nędzy stojącej za tą aktywnością Kluzik-Rostkowskiej.

Choćby nie wiem jak kręciła pani minister – chodzi ostatecznie o urzędowe sankcjonowanie deprawujących treści w programach szkolnych. Aktywność ministerstwa nie jest początkiem nowego procesu, lecz raczej zwieńczeniem eksportu rewolucji seksualnej do Polski.

Dokonuje się on od wielu lat, także w obszarze edukacji. Działa na jego rzecz koalicja ekspozytur międzynarodowych organizacji (ze sławetnymi standardami WHO na ustach) ubierających się w szaty „polskich” organizacji pozarządowych. Łączą się w niej agendy o profilu (jawnym lub skrywanym) homoseksualnym, antykoncepcyjnym, aborcyjnym, a także... postkomunistycznym – ważnym podmiotem tej koalicji jest ZNP.

Tyle ustalenia faktów i określania prognoz. Jeśli chodzi o ich interpretacje sięgnijmy do słownika Karola Wojtyły, autora książki mającej wiele wspólnego z roztrząsanym tematem – „Miłość i odpowiedzialność” (Pani minister polecam na początek krótszą i łatwiejszą lekturę: „Elementarz etyczny” tegoż autora). Propozycje MEN oznaczają nieodpowiedzialność, po trzykroć nieodpowiedzialność.

Po pierwsze nieodpowiedzialna polityka edukacyjna

Edukacja seksualna ma być „miękka, ładna, przyjemna” i stanowić „komplet informacji” – wyrwało się jakiś czas temu pani minister. „Przyjemne” i „informacyjne” podejście demaskuje, że minister i ci, których szef MEN jest narzędziem chcą oderwać seksualność młodego pokolenia od moralności (gdzie obok przyjemności jest godziwość, obok doznań seksualnych – odpowiedzialność na małżonka i otwartość na nowe ludzkie życie), a skoro tak to nie chcą jej wychowywać (co najwyżej o niej poestetyzować – edukacja seksualna ma być „ładna”).

Po drugie nieodpowiedzialność w programach i podręcznikach

O „Wielkiej księdze cipek” i pozostałych tomach „miękkich, ładnych i przyjemnych” książek pewnie każdy już słyszał. Ja mam na myśli opieranie całego przewrotu w dziedzinie, która nazywała się do nie dawna „wychowanie do życia w rodzinie” na... badaniach socjologicznych. Statystyczne zestawienie anonimowych rojeń ma poprawić odpowiedzialny dorobek znawców etyki i pedagogiki, ma korygować wypracowywane przez zespoły specjalistów i wielokrotnie doskonalone podręczniki. Ile trzeba siedzieć przed telewizorem, żeby taki pomysł przyjąć bez bólu zębów?

Po trzecie nieodpowiedzialność prowadzących lekcje


Inicjatorzy rewolucji stawiają stale w stan oskarżenia nauczycieli w roli prowadzących zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. Są to zapewne bardzo rozmaici ludzie, ale wyróżnia ich jedna rzecz. To oni mają stały kontakt z uczniami szkoły, w której pracują. Oni są też bez trudu dostępni dla rodziców młodych ludzi. Często sami dbają o kontakt z domami swoich wychowanków. Tych właśnie nauczycieli mają zastąpić edukatorzy, ludzie o którym na pewno można powiedzieć tylko jedno: są opłacani z grantów, z funduszy prywatnych i publicznych pochodzących z zagranicy.

http://stopdeprawacji.pl/

Środowiska demoralizatorów mają w Polsce wciąż dość wątłą bazę społeczną. Ich celem jest na razie poddać w wątpliwość status quo i podbijać „debatę”. Wyciągają na światło dzienne dewiacje. Gorliwie rwą się do „uświadamiania”. Robią założenie, że każde z naszych dzieci stanie wobec dylematów charakterystycznych dla prostytutek. Stąd prymat „zabezpieczania” i unikania „niechcianych” skutków rozwiązłości.

Jak już uruchomią te gorszycielskie dyskusje – demoralizatorzy i ich użyteczni idioci będą mogli liczyć na swoją medialną przewagę. Dlatego żadnych dyskusji. Stop! Ani kropli deprawacji w edukacji i w dyskusjach o szkole.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Witaj, szkoło, przed wyborami

Z czym w nowy rok szkolny prowadzi nas polityka oświatowa rządu i kampania wyborcza? Krótka, stronnicza i autorska agenda zagadnień oświatowych, które mogą być przedmiotem zabiegów polityków i tematem wrzawy medialnej, nazywanej wciąż dla niepoznaki „debatą publiczną”. Niektóre z nich równie dobrze mogą być skrzętnie ukrywane i tuszowane.

1. Minister Kluzik-Rostkowska nawet kiedy wprowadza nowy temat jest do bólu przewidywalna. Tym razem na celowniku są dwulatki. Mocą zmiany przepisów od 1 września 2016 r. zaczną „nadawać się” do przedszkola. Mówiąc o przewidywalności mam na myśli wciąż to samo  podłoże MEN-owskeigo kidnapingu. Motywacja zawsze ta sama: wiara, że mechanicznymi sposobami „uzawodowi się” kolejne kobiety tkwiące wciąż w okowach życia rodzinnego. Motyw drugi: załatać machinę systemu oświaty. Lada dzień młot przymusu szkolnego przepchnie rocznik sześciolatków do szkół, więc trzeba jakoś zatkać dziurę w przedszkolach. Etaty nauczycieli (wkrótce 66 letnie przedszkolanki z 25 osobową grupą dwulatków?), budynki i cała machina pozostała – trzeba to jakoś ogarnąć.

2. O przepełnionych na skutek branki sześciolatków podstawówkach już pisałem. Zostańmy jednak chwilkę jeszcze w szkole elementarnej. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do ministerialnego grafomaństwa? Radzę zajrzeć do części trzeciej podręcznika dla klasy drugiej. MEN-owskie ideologiczne przegięcie tu wyłazi najwyraźniej, ale ma prawo obywatelstwa w wielu obszarach tzw. polityki edukacyjnej (porównaj punkt 7).

fot. London Scout

3. „Zatkane” wnioskami o odroczenie przymusu szkolnego poradnie psychologiczno-pedagogiczne wrócą być może do zwykłego rytmu swojej pracy, ale nie na długo. Od 1 stycznia 2016 r. otrzymują nowe zadania dotyczące wspomagania szkół i placówek. Ich finansowanie? Cisza...

4. Szansę na medialną „karierę”, być może ostatnią w swojej krótkiej historii mają gimnazja. Politycy wiedzą, że coś warta (intelektualnie) dyskusja o treściach kształcenia, kierunkach wychowania, godności zawodu nauczyciela – nie przyniosą im punktów wyborczych. Likwidować czy nie likwidować gimnazja? O tym może się powymądrzać każdy, bo... wie mniej więcej o co chodzi. W kampanii politycy będą więc wywoływać ducha kolejnej wielkiej reformy strukturalnej. A specjaliści od takich zjaw, „spirytyści” rozlokowani w systemie (antysystemowcy! ratujcie) oświaty pilnie podchwycą wyzwanie. Na pewno bez straty dla siebie.

5. Ciemne chmury nie odsuwają się znad szkolnictwa specjalnego. „Równie dobra” jest edukacja włączająca – czyli wrzucenie dzieci ze specjalnymi potrzebami do szkoły masowej. Na pewno ciszy się wsparciem MEN i jego czołowej agendy: Ośrodka Rozwoju Edukacji. Ten temat raczej będzie ukrywany, ale fakty są proste: rycie pod szkolnictwem specjalnym trwa.

6. Ulubiony kierunek ucieczki materialistów od duchowego na wskroś zagadnienia wychowania dzieci i młodzieży: troska o zdrowie. Skoro „jakość życia” ma zastąpić wieczne zbawienie to skądinąd temat najważniejszy. W nowym roku szkolnym ulubionymi metodami administracyjnego przymusu żywność w szkolnych kioskach będzie uzdrowiona. Na to, że urzędowy cud uzdrowienia dotrze także do najbliższego szkoły sklepu spożywczego nie ma co już raczej liczyć.

7. Innych wielkich zmian w systemie nie zaplanowano. Ale najważniejszy proces jest innej natury: wszystkimi szczelinami sączy się do polskich szkół ideologia. Opinia publiczna wie już m.in. o: majstrowaniu na rzecz edukacji seksualnej, o promocji czytelnictwa prowadzonej metodami zapożyczonymi od przedstawicieli handlowych, o edukacji globalnej pełnej kosmicznych bzdur. Ale granty (czyli mówiąc językiem z Żeromskiego – „czerwieńce”) i agendy („odmieńce”) drążą tę dziedzinę życia na dziesiątki innych sposobów. Autor tego bloga, rzecz jasna, nie zmilczy, jeśli coś tylko wypatrzy i dlatego też poleca się na przyszłość.

https://www.facebook.com/brzozkaradoslawOsoby, którym spodobał się ten wpis zachęcam do polubienia strony
Radosław Brzózka

czwartek, 13 sierpnia 2015

Niż, wyż i burza (w szkole wielkomiejskiej)

Za dwa tygodnie Jaś pójdzie do szkoły. Ma sześć lat, ale nie miał tyle szczęścia co Staś, który uzyskał w poradni psychologiczno-pedagogicznej odroczenie przymusu szkolnego. Więc pójdzie, choć mama widzi gołym okiem, że przydałoby mu się jeszcze z rok bezszkolnego dzieciństwa.

Tata rzucał kapciem (ciapem, pantoflem – niepotrzebne skreślić) w telewizor, ile razy zobaczył w nim panią Kluzik-Rostkowską, ale to jak widać nic nie pomogło. Nie pomogło też zbieranie podpisów z Elbanowskimi. I nawet jeśli 6 września będą pytać rodziców o zdanie nt. sześciolatków w referendum, to Jaś już będzie w tym czasie skoszarowany w rejonowej szkole.

Chłopiec będzie już siedział w tym molochu bez duszy na osiedlu. Mama próbowała zapisać Jasia do szkoły, w której zna paru normalnych wierzących nauczycieli z powołania. Nic z tego. Półtora rocznika to nie jeden. – Żadnych indywidualnych marudzeń, gdy maszyna systemu oświaty pracuje pełną parą, do rejonu marsz! – wyczytał tata w rozporządzeniu do ustawy. Ustawę o oświacie skończył czytać na trzydziestej stronie, z wyrzutami sumienia, że może na tej ostatniej dwusetnej znalazłby jakiś ratunek dla swojego dziecka...

Nie będę pisał sagi o Jasiu, choć w trzecim tomie mogłoby się zrobić pikantnie, gdy chłopiec pójdzie pierwszy raz na lekcję seksedukacji realizowaną według porad metodycznych pani minister Kulizik-Rostkowskiej.

Czwarty tom mógłby być z intelektualno-politycznym dreszczykiem: Janek pokłócił się już ze swoim nauczycielem o teorię ewolucji i dotknął do żywego historyka przeprowadzając analogię między rewolucją francuską, a bolszewicką i seksualną roku 68. Ostatecznie nagrabił sobie pisząc w wypracowaniu z polskiego pochwałę barokowej literatury kontrreformacyjnej. Pani profesor postawiła mu pałę i wygłosiła kąśliwą uwagę. Załamany Janek poprosił co prawda znajomych na Uniwersytecie, którzy podsunęli jego pracę wykładowcom akademickim. Ci dali mu czwórkę. Tymczasem jednak trzeba zdać maturę...

Za dwa tygodnie w dużych miastach na młodych osiedlach na szkolnym korytarzu będzie nieciekawie. Nie mówię tu już o potrzebach rozwojowych dzieci, nawet o subtelnościach szkolnego wyposażenia. Jednak elementarna sprawa w państwowym zarządzaniu to zapanować nad masowymi potrzebami publicznymi. Tymczasem rząd poprzez reformę obowiązku szkolnego i jednoczesną reformę przedszkoli doprowadził do rozregulowania systemu edukacji.

Oświata zarządzana przez PO wbrew rodzicom stała się swoistą krainą paradoksów. To paradoks władzy, która stwarza problemy, choć powinna je rozwiązywać.

Oto bowiem zamiast wesprzeć szkoły w przyjęciu wyżowych roczników do podstawówek – rząd dodatkowo wpycha do nich sześciolatki. W tym samym czasie dociska przedszkola, aby przyjęły czterolatki – co skutkuje przepełnieniem szkolnych zerówek.

Wyż czy niż? Zamiast wesprzeć szkoły w przyjęciu wyżowych roczników do podstawówek – rząd dodatkowo wpycha do nich sześciolatki. Fot. Garrett Carroll
Tym sposobem po ośmiu latach nierozwiązanego problemu szkół pustoszejących z powodu niżu demograficznego – rząd sam stworzył drugi problem: problem szkół przepełnionych. Gdy dzieci ze wsi jadą długie kilometry po naukę, mijając puste budynki po szkołach – małe dzieci w mieście będą uczyć się na drugą zmianę, zabraknie być może dla nich stołówki czy sali gimnastycznej.
Ktoś powie, że to problemy tylko wybranych szkół. A poza tym szkoły jakoś sobie poradzą, sytuacja jest wyjątkowa i już się nie powtórzy. A ja odpowiem: Dobrze, ale w imię jakiego dobra te szkoły będą przeżywać turbulencje, a giętkość szkolnych dyrektorów (którzy już dawno, dawno temu zwątpili w autorytet prawa) będzie po raz setny wystawiona na próbę? Tym dobrem jest zmiana – odpowiedzą mi reformatorzy. A to oznacza, że mamy stale doświadczać niepowtarzalnych, wyjątkowych sytuacji. Chodzi po prostu o permanentną legislacyjną rewolucję, tak aby na zdrowy rozsądek i uczciwą pracę z młodym pokoleniem był jak najmniej czasu.

Tymczasem tak na chłopski rozum edukacja jest ogniwem łączącym silną liczną rodzinę z rozwijającym się gospodarczo i kulturalnie krajem. Tylko uzdrawiając cały ten łańcuch możemy odbudować polską oświatę.

Czy kiedyś jeszcze polska szkoła będzie bezpiecznym dachem, pod którym młode pokolenie schroni się przez dziejowym niżem i wyżem, a także polityczną burzą? A także przed gradem impulsów z ekranów komputerów, tabletów i telefonów? Miejscem, gdzie chwyci za książkę...

https://www.facebook.com/brzozkaradoslawOsoby, którym spodobał się ten wpis zachęcam do polubienia strony
Radosław Brzózka

piątek, 7 sierpnia 2015

Prawdziwie życiowe wychowanie

W poprzednim wpisie zarzekałem się, że o pedagogicznych sprawach to ja się raczej nie śmiem wymądrzać. Trzeba jednak grzecznie przeprosić i przyznać się: dziś będzie wyjątek.

Mamy bowiem oto wakacje w pełnej krasie, a moje skojarzenie wakacyjne numer jeden to nieodmiennie: oaza, letnia akcja (i formacja) Ruchu Światło-Życie (zwanego też przez mojego kolegę Mirka Ruchem „Światłość i Ciemność”. Rozbieżność między tymi dwoma nazwami świetnie zapewne oddaje kontrast między deklarowanymi ideałami i słabościami ich wykonawców).

Fos-Dzoe, Światło-Życie - starochrześcijański symbol przyjęty za własny przez ruch oazowy
 
Najlepsze wspomnienia, które są inspiracją do dzisiejszego wpisu, dotyczą przede wszystkim wspaniałych osób. Wychowawcy, gorliwi kapłani, starsi koledzy i koleżanki w których byłem zapatrzony ja i moi rówieśnicy „zaludniali” najbardziej brzemienny wychowawczo okres życia piszącego te słowa. Ich talenty i zabawne wady, ale przede wszystkim wspólne ewangeliczne spojrzenie na świat (uwaga, teraz będzie wzniośle) urabiały we mnie człowieka.

Przypomnijmy: oaza wakacyjna to rekolekcje, najczęściej piętnastodniowe. Dzieci, młodzież i rodziny (ale także dorośli, w tym klerycy i księża) – każda z tych grup osobno (młodzież w najważniejszych punktach programu, drżyjcie feministki i dżenderowcy, niekoedukacyjnie!) – odbywają ćwiczenia duchowe tzw. „metodą przeżyciową”.

Członkowie Ruchu Światło-Życie uczestniczą w nich na ogół w każde wakacje. Czasem, jak Brzózkowie w tym roku, korzystają w tym celu z ferii lub weekendu majowego. Skoro letni wyjazd mnie w tym roku ominął pozostaje mi jedynie się nieco powymądrzać.

Skarbem oazowej formacji jest ulokowanie modlitewnych i wychowawczych doświadczeń w najpiękniejszych zakątkach Polski. Wybrzeża jezior Suwalszczyzny (Augustów!) i tatrzańskie wioski Gliczarów Górny i Stasikówka stanowiły dla mnie i przyjaciół mojej młodości scenerię duchowych zmagań. Program formacyjny, zwłaszcza dla dzieci i młodzieży, przewiduje świadomie przeżywane spotkania z naturą, a przez nią z jej Stwórcą. Światło, woda, góra i mnóstwo innych naturalnych zjawisk to także zestaw kluczy do biblijnych obrazów Zbawienia. Rzecz nabiera nowego aktualności względem pokolenia patrzącego na świat za pośrednictwem smartfonu...

Jestem głęboko przekonany, że owa „metoda przeżyciowa” jest wielkim skarbem wychowawczym Polski. Choć ma jedną wadę: mylącą nazwę.

Nabieranie praktycznych sprawności (w tym sprawności moralnych – cnót) i dowartościowanie wychowawczej roli starszych kolegów i koleżanek – toż to harcerstwo. Ks. Blachnicki znający polski skauting doskonale wysunął na czoło swojej pracy wychowawczej zagadnienia religijne, a przed ludzkimi sprawnościami postawił boskie cnoty. Jak widać z tego opisu nic tu „przeżyciowego” w sensie postawienia na uczucia, ckliwość, sentymenty. Wychowanie oazowe jest (w założeniu przynajmniej) nie tyle „przeżyciowe”, co życiowe. To życie chrześcijańskie w praktyce: praktyczne ćwiczenia rekolekcyjne w wakacje („oaza”) i praktyczne życie religijne w parafii, na uczelni, w lokalnej społeczności („pustynia”).

Co pociąga młodych ludzi? Wielka sprawa! Od stuleci ideolodzy podsuwają kolejnym młodzieńczym entuzjastom fałszywe tropy. Jakie dzisiaj? Bunt miejski, radykalny ekologizm, alteglobalizm? Nie śledzę subkulturowych mód od lat. Od zawsze chrześcijaństwo stara się pociągnąć kolejne pokolenie do swojej wielkiej sprawy głoszenia Chrystusa: ewangelizacji, misji. Czasem udaje mu się to lepiej, czasem zapędzi się w jakieś ślepe uliczki. Miłość natchnionego Ewangelią wychowawcy potrafi znaleźć wspólnotę z dziecięcą i młodzieżową otwartością na szczerą przyjaźń i prawdziwą przygodę. Oto atrakcyjność wychowawczego Ruchu Światło-Życie w pigułce. O kontraście do siły przekonywania szkoły (nawet tej z lekcją religii) nie muszę chyba mówić.

Jeszcze ta prawdziwie Chrystusowa tonacja bezinteresowności i ofiarności. Tu nikt nie oblicza pensum i nie powołuje się na Kartę Nauczyciela. Tu wszyscy wychowawcy i wychowankowie są wezwani do abstynencji, młodzież do skromności w stroju, rodziny do odrzucenia antykoncepcji.

Ruch Światło-Życie służy wielkiej sprawie pomagając kolejnym pokoleniom okrywać powołania (także do kapłaństwa i życia konsekrowanego). Przez pustynię współczesnej (anty)kultury prowadzi tysiące rodzin katolickich w Polsce i na emigracji. Nie uchyla się od aktualnych wyzwań. Normalne życie rodzinne jest możliwe, to droga chrześcijaństwa w przyszłość – piszą do pp Franciszka oazowicze z Domowego Kościoła (przeczytaj).

Ta droga wychowania ma dorobek. Warto mu się dobrze przyjrzeć, w czym coraz mocniej pomaga od strony intelektualnej m.in.  Instytut im. ks. Franciszka Blachnickiego. Ten kierunek wychowawczy nie powiedziała też ostatniego słowa. Liczę, ze dojdzie do głosu w Polsce, której pierwszym obywatelem od niedawna jest harcerz.

Wpis ten dedykuję szczególnie księdzu Tadeuszowi, który za wierność wizji Kościoła Żywego w ostatnich tygodniach płaci niemałą cenę.

piątek, 10 lipca 2015

Dwa sejmy, śledź i metafizyka

Prasoznawcy twierdzą, że dwutygodniki się u nas nie przyjęły, bo kto by tam pamiętał w Polsce, czy to jest ten tydzień z moją gazetą w kiosku, czy ten bez gazety. Facebook i tym podobne wynalazki sprawiają, że o blogu Brzózki pamiętać nie trzeba, sam się przypomni w stosownym czasie, czyli właśnie co dwa tygodnie.

Fot. Alejandro Escamilla


Nieco narcystyczna nazwa bloga jest tymczasową ucieczką od ostatecznej deklaracji o czym tu będzie mowa. Na razie dominuje perspektywa „szkolna”. Bez moich specjalnych starań lata temu przypadła mi rola komentatora polityki edukacyjnej kolejnych rządów. Począwszy od Handkego nie odpuściłem chyba żadnemu ministrowi edukacji, a w retrospekcjach cofnąłem się i do Samosonowicza, i do KEN, i do greckiej paidei.

Każde „dziełko” powstaje z jakiegoś braku... Komentuję politykę oświatową demoliberalnych rządów z perspektywy zdroworozsądkowego patrzenia na dziecko, rodzinę i szkołę. Nie ukrywam, że jest to zdrowy rozsądek umocniony nauką św. Tomasza z Akwinu i o. Jacka Woronieckiego. Nie ma wiele takich głosów. Może dobrze, że zdolniejsi ode mnie nie marnują talentu na roztrząsanie czegoś, czego w zdrowo poukładanym społeczeństwie i państwie powinno być jak najmniej. Bo edukacja to dziedzina życia społecznego, a nie politycznego (idąc za sposobem oddzielania tych rzeczy zaproponowanym przez Feliksa Konecznego:

„Osobny sejm do spraw społecznych i osobny do politycznych. Da się to osiągnąć bez rozciągania parlamentu w ten prosty sposób, że oba rodzaje samorządów uwieńczone być mają sejmowaniem, lecz każdy sejmem osobnym. Z samorządów zawodowych niechaj się wyłania sejm społeczny, z terytorialnych ziemski”).

Staram się nie wchodzić (przynajmniej zbyt głęboko) na terytorium krainy Pedagogika. Stawiam się w roli „użytkownika” szlachetnej pracy nauczycieli i wychowawców, a także ich akademickich mentorów. Za to całkowicie u siebie jestem w środowisku rodzinnym, w oddolnej organizacji i w samorządzie lokalnym. Z „wysokości” tego stanowiska nie waham się pouczać, a nawet gromić ministrów i ich pomocników. A że partyjno-ideologiczna polityka sięga nie tylko do szkoły, ale wdziera się także do domów – temat zagrożenia, ale i wsparcia dla rodziny na blogu Brzózki pojawi się nie raz.

Na tym się jednak tematy do pisania (do rozmów, do Spotkania) się nie kończą: „Jest jeszcze śledź w śmietanie, metafizyczne danie” najsłuszniej śpiewał Młynarski. Od mórz i oceanów (pani w rybnym rekomenduje mi zawsze dorsza dalekomorskiego) blisko zaś do rozmaitości cywilizacji. A w każdej z nich ta sama tajemnica człowieka, którą wyjaśnia wspomniana metafizyka. Czyli zdarzyć się może na tym blogu filozofia. Oby to była ona, a nie jej fałszerka: przemądrzała gadka.

Nie obiecuję zatem, że uniknę wszystkich trudnych słów. Ale szczerze się przyznaję, że uwielbiam „marnować czas” z ludźmi, a że Internet w tym pomaga – dlatego tutaj jestem. Na blogu Radosława Brzózki: wroga samotności, dobrego znajomego (nie tylko intelektualnej) przygody.