piątek, 15 maja 2015

Zamiast Pinokia Cwaniaczek? - część 1

Wczoraj na Warszawskich Targach Książki minister Joanna Kluzik-Rostkowska ogłosiła, że wyda nie 15, nie 20, ale 24 mln na doposażenie szkolnych bibliotek. Wiadomo jednak, że nie sztuka wybrać się na zakupy z pełnym portfelem, lecz wrócić z nich z na prawdę wartościowymi produktami.

Dziś oraz za tydzień na blogu gościnnie głos zabierze Alina Brzózka – polonistka, redaktor książek, pracownik samorządu wojewódzkiego, mama trojga dzieci.

***

Spora część medialnej dyskusji nt. zmian w kanonie lektur dla szkół podstawowych oparta jest niestety, nie bez winy jej ministerialnych inicjatorów, na fałszywych założeniach. Skupia się bowiem na problemie, jakie lektury uczniowie lubią, jakie ich nudzą oraz co zrobić, żeby Tola, która ma tablet, zechciała czytać, cokolwiek. Wielu dostrzega sposób na zaszczepienie miłości do literatury w dostosowywaniu się do niewyrobionego gustu czytelniczego i szukaniu w książkach odzwierciedlenia współczesnych dylematów (rozwody, przemoc, uzależnienia itp.). Żaden głos w dyskusji nie przekonał mnie, że książki z dotychczasowej listy lektur szkolnych są złe, jedyną wymienianą ich wadą jest to, że są – stare. Powiedzmy więc wprost: kanon lektur ma iść z duchem czasu, bo za bardzo pachnie tradycjonalizmem.

„Biada chłopcom, którzy buntują się przeciwko rodzicom i z kaprysów porzucają dom ojcowski! Nigdy im nie będzie dobrze na tym świcie i wcześniej czy później gorzko pożałują tego kroku”

Nie dalej jak kilka miesięcy temu jako mama czwartoklasisty wyrażałam zdziwienie, że „Pinokio” jeszcze uchował się w spisie lektur. Nie na długo, jak się okazuje. (Kto śmie mówić dzieciom w XXI wieku: „Biada chłopcom, którzy buntują się przeciwko rodzicom i z kaprysów porzucają dom ojcowski! Nigdy im nie będzie dobrze na tym świcie i wcześniej czy później gorzko pożałują tego kroku”.) Według raportu jednej z fundacji należy zreformować lektury, ponieważ brakuje w nich demokracji i występuje nierówność płciowa. Wygląda więc na to, że trzeba zastąpić Pinokia Cwaniaczkiem albo Koszmarnym Karolkiem, a Nel przeszkolić  w zakresie  samoobrony, żeby wreszcie uwolniła się z opresyjnej zależności od Stasia. Tym sposobem oboje staliby się genderowo poprawni, a może nawet wciągnęliby do tego resocjalizacyjnego procesu brutala Tomka Sawyera. Takie świetlane perspektywy rysują w każdym razie eksperci na łamach „Gazety Wyborczej” (P. Kośmiński, J. Suchecka, „Czas przewietrzyć kanon lektur w podstawówce”, 26.11.2014).

Dostosowanie lektur do świata, w jakim żyją rzekomo uczniowie, jest de facto jego kreacją, ponieważ dokonuje się lekką ręką zabiegu zawężenia rzeczywistości do tu i teraz. Tymczasem celem szkoły jest uczenie również tego, co było ważne dla Polaków sto i dwieście lat temu, nawet jeśli obecnie na pierwszy rzut oka wydaje się to nudne i archaiczne. Nie pojawiło się w debacie nt. kanonu ani słowo o literaturze jako elemencie budowania tożsamości Polaków i ich wspólnoty kulturowej.

W tym sensie nie jest kluczową sprawą to, czy książka zachwyca, jeśli nie zachwyca, (pozwolę sobie nawiązać do klasyki tego tematu), ale to, że naprawdę „Słowacki wielkim poetą był” i każdy Gałkiewicz powinien mieć szansę tego się dowiedzieć na lekcji języka polskiego. Skrajny indywidualizm oderwany od korzeni i dryf szkolnictwa w stronę modnych lektur każe wątpić, że wychowamy czytelnika „Antygony”. Należy sądzić raczej, że urabiamy przyszłego nabywcę „50 twarzy Greya”, a szczytem osiągnięć edukacji czytelniczej będzie wielbiciel Coelho.

Cdn. już 22 maja. Zapraszamy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz