piątek, 22 maja 2015

Zamiast Pinokia Cwaniaczek? - część 2


Gościnnie na blogu Alina Brzózka – polonistka, redaktor książek, pracownik samorządu wojewódzkiego, mama trojga dzieci – komentuje medialną debatę towarzyszącą uzupełnianiu zasobów bibliotek szkolnych.

***

Wanda Półtawska pisała w swoich wspomnieniach obozowych, że w najgorszych okolicznościach młode polskie dziewczyny z jej pokolenia recytowały fragmenty znanych dzieł literackich, to wszystko, co pamiętały ze szkoły, z domu – taki był ich sposób na przetrwanie. Co obecne i następne pokolenie Polaków zna na pamięć? Czy młody człowiek w granicznej sytuacji swojego życia będzie przywoływał Harry’ego Pottera? Nie chodzi o to, co jest modne, ale co jest ważne i wartościowe i będzie takie za pięćdziesiąt lat.

W najgorszych okolicznościach młode polskie dziewczyny recytowały fragmenty znanych dzieł literackich – taki był ich sposób na przetrwanie...

Uczestnicy debaty popadają w sprzeczności, raz mówią: „zachwyt i miłość” do czytelnictwa wynosi się z domu i generalnie czytają te dzieci, których rodzice również czytają, a nie używają jedynej w domu książki do trzymania w niej pieniędzy, aby za chwilę z poczuciem misji ogłosić szkołę laboratorium nowoczesnego czytelnictwa. Występują w obronie wolności wyborów i ocen uczniów, by odbierać tę możliwość nauczycielom i rodzicom.

Jeśli lektury mają być modne, to oczywiście zagraniczne, a nawet „globalne”. Przecież mamy do czynienia z przemianami cywilizacyjnymi, które rzekomo unieważniają „poprawność pedagogiczną”, tę straszną opresję, która ponosi odpowiedzialność za to, że „seks czy przemoc były słabo obecne w literaturze młodzieżowej”. Wampirze romanse, książki dorosłe i pełne okrucieństwa, thrillery psychologiczne, książki sensacyjne dla dzieci, nastoletni bohaterowie mający „barwne życie” jako kochankowie, szpiedzy, zabójcy – takie książkowe „produkty” globalnego rynku mają skłonić nauczycieli do weryfikacji kanonu i „przewietrzenia bibliotek”. Bo, jak zapewnia rozmówczyni „Gazety Wyborczej”, „można znaleźć fantastykę, równie chętnie czytaną, która ma sensowny przekaz aksjologiczny”. Na tak zarysowanym tle książki Sapkowskiego i „Harry Potter” rzeczywiście urastają do rangi moralitetów (por. „Hejterzy wszystkich pokoleń, nie łączcie się”, rozmowa z Z. Zasacką, „Gazeta Wyborcza” z 8.12.2014). Wszystko byle nie polska (aż ciśnie się na usta: reakcyjna) klasyka. Na szczęście nadmiar „pozytywizmu lub romantyzmu” na maturze objęty jest już osobistą troską minister Kluzik-Rostkowskiej.

Stare dobre książki nie pasują do coraz bardziej demolowanej przez politykę edukacyjną państwa polskiej szkoły. Na jej wykolejenie wpływają na pewno zmienione podstawy programowe, krytycznie przyjęte przez ekspertów. Każdy przytomny człowiek widzi też szkodliwość testomanii, która swój początek ma właśnie na etapie 4-6 klasy szkoły podstawowej. Pseudocel edukacji: maksymalizacja wyniku punktowego na wystandaryzowanym teście przesłania cel właściwy. Skąd przybywam? Kim jestem? Dokąd zmierzam? Te pytania są cenniejsze od kompletu odpowiedzi na teście. Populistycznie dobrane lektury nie mają tych znaków zapytania, nie dadzą więc też odpowiedzi.

Obecne MEN to machina przymusu (szkolnego), która nie spocznie, póki nie przełamie oporu rodziców sześciolatków. Nie przeszkadza to minister Rostkowskiej snuć marzeń o byciu awangardą antypedagogicznego buntu przeciw nudnym lekturom. Przywołując postać genialnego polskiego matematyka Stefana Banacha (który miał luźny stosunek do formalnych ram szkolnictwa), zapowiada, że polscy uczniowie wkrótce – zafascynowani nowoczesnymi lekturami – nawet nie zauważą, że właśnie nabrali literackiej ogłady. Ale lewacki bunt kończy się niestety zawsze jednako – jeszcze większym przymusem, np. napisania wypracowania: kto jest twoim ulubionym czarodziejem i dlaczego właśnie Harry Potter?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz