środa, 24 czerwca 2015

Propaganda in vitro w TVP

Jakiś czas temu napisałem recenzję „dokumentu” o in vitro. Medialne zabiegi miały zdaje się przygotować dzień jutrzejszy. Spróbujmy więc obnażyć kłamstwo agitacji i przemoc pseudoprawa.

Film „In vitro. Czekając na dziecko” jest prezentowany przez stacje telewizyjne i czasopisma z programem jako „dokument”, umieszczany też jest w dziale „wiedza”. Określa się go także mianem „serii dokumentalnej”, ponieważ składa się z sześciu odcinków o długości godziny lekcyjnej. Film dokumentalny to gatunek wyróżniający się ścisłym osadzeniem w faktach, jego powstaniu przyświecają cele informacyjne, a nierzadko także dydaktyczne. Te cechy ekranowego dokumentu przydają mu w oczach widza wiarygodności. Tymczasem od dawna stawał się on cenionym przez ideologów narzędziem propagandy czy manipulacji. Jak jest w przypadku tej produkcji filmowej? Czy emitując go telewizja publiczna właściwie realizuje swoją misję? Pewne wskazówki mogą przynieść informacje o twórcach filmu.

 


Z Big Brathera do bioetyki

Kwestie narratora (lektora) wygłasza, powszechnie znanym głosem, Krystyna Czubówna. Film został wyprodukowany dla firmy TLC International (do której należy m.in. Discovery Channel) przez Endemol Polska, producenta teleturniejów i programów rozrywkowych (m.in. Big Brother), spółkę powstałą ze współpracy ITI (właściciela TVN) z Endemol BV (z siedzibą w Holandii). Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialni są Szymon Łasiewicz i Dorota Pułaska. Ten pierwszy jest aktorem znanym szerszej publiczności z odgrywanej od osiemnastu lat roli trenera na siłowni w serialu „Klan”. Reżyserował także programy rozrywkowe (np. teleturniej Gilotyna) i transmisje widowisk rozrywkowych dla szerokiej (a więc i niewybrednej) publiczności. Dokonania artystyczne Doroty Pułaskiej nie są szerzej znane. Odpowiadała za scenariusz w filmie dokumentalnym o znanym operatorze filmowym. Nadzór programowy nad przedsięwzięciem sprawowała Katarzyna Burzawa-Czupryniak. W swej wieloletniej pracy dla Endemol miała m.in. okazję publicznie zabierać głos w sprawie programu Big Brother balansując w swojej wypowiedzi pomiędzy potrzebą zapewnienia satysfakcji widzom-podglądaczom a interesami producenta.

Miłość za siedem tysięcy

Film powstał przy zaangażowaniu kliniki in vitro „Novum”, której hasłem promocyjnym jest zawołanie „Kocham od pierwszej komórki”. Nie jest to miłość bezinteresowna, ani bezterminowa. Procedury zapłodnienia pozaustrojowego kosztują od 5800 zł do 7000 zł, mrożenie zarodków przez 5 lat 1700 zł.

Pierwszoplanowymi bohaterami pierwszego odcinka filmu są małżonkowie od trzech lat nieskutecznie starający się o poczęcie dziecka. W dalszym tle pojawiają się rodzice mężczyzny. Poznajemy także Agnieszkę Ziółkowską, osobę poczętą metodą in vito, która określa się mianem rewolucjonistki. Obecnie znana jest m.in. z działalności w Partii Zielonych i aktu apostazji. W tym odcinku poznajemy także bliżej pielęgniarkę z kliniki Novum, ukazywaną z perspektywy własnej rodziny, której członkami są m.in. bliźniacy poczęci metodą pozaustrojową. Drugi plan zajmuje personel klinik Novum m.in. jej kierownictwo.

Perswazyjny „bukiet”


Już tekst otwierający serię nie pozostawia wątpliwości, co do intencji twórców filmu. Ma on ukazać działania personelu kliniki „pracującego po to, by marzenia bezdzietnych par mogły się wreszcie spełnić”. Analiza pokazuje, że tej z góry postawionej tezie (in vitro – spełnienie marzeń) przypisany jest zarówno wysiłek prezentacji argumentów zwolenników in vitro, jak i (bardzo często zakamuflowana) polemika z przeciwnikami zapłodnienia pozaustrojowego. Nachalną agitację ma przesłonić stałe eskalowanie emocji u widza poprzez koncentrację uwagi na uczuciach głównych bohaterów oraz wzbudzanie u widza przy pomocy różnych technik perswazyjnych takich uczuć, jak współczucie, życzliwość, nadzieja, a także niepokój, gniew czy lęk.

Zarówno strona wizualna, jak i werbalna filmu ma ukazać in vitro jako bardzo nowoczesną formę leczenia bezpłodności, choć w sensie ścisłym nie jest ona w ogóle leczeniem, lecz sposobem usuwania objawów stanu chorobowego. Eksponowany jest zatem specjalistyczny charakter działań, język techniczny medycyny, sterylność, ale także profesjonalizm w obsłudze klienta. Na takim tle jeden z lekarzy rozważając sytuację głównych bohaterów stwierdza autorytatywnie, że niesięgnięcie przez nich po in vitro „byłoby nielogiczne”. Sama logika, a nie wyłącznie medycyna, ma więc przemawiać na korzyść działalności kliniki, której bogate doświadczenia i sukcesy się zachwala. Kilkakrotnie pada informacja o 13 tys. ciąż jako efekcie działań tej instytucji. Nigdzie nie dowiadujemy się natomiast o liczbie urodzonych na skutek jej działalności dzieci. Znane są za to dane dotyczące pierwszego roku realizacji rządowego programu leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Z zakwalifikowanych do niego prawie 9 tys. par, uzyskano 2,5 tys. ciąż, z czego urodziło się 217 dzieci. Podatników kosztowało to 72 mln zł.

Kolejną metodą perswazji na rzecz in vito pojawiającą się w filmie jest szantaż emocjonalny. Sztuczne zapłodnienie nie jest przecież wyborem, lecz koniecznością skoro to jedyna szansa na rodzicielstwo dla wielu par - przekonują twórcy filmu. Nie łatwo jest stanąć po przeciwnej stronie, gdy ukazuje się nam perspektywę spełnienia marzeń cierpiących ludzi. Kontrowersyjna procedura ukazywana jest jako źródło nadziei mimo niesprzyjającego losu. Choć twórcy zaznaczają, że niesie ona ze sobą „wzloty i upadki”, „daje nadzieję, lecz nie daje pewności” unika się dość konsekwentnie słowa poronienie. Wyraźnie wybrzmiewa ono natomiast w wypowiedzi pielęgniarki, która mówi o takim doświadczeniu przed zastosowaniem in vitro i w kontraście do niego. W tych fragmentach filmu znika zupełnie aura naukowości, pada natomiast retoryczne pytanie: „Czy lekarze sprawią cud, niemożliwe stanie się możliwe?” To, co przed chwilą ukazywano jako owoc postępu naukowo-technicznego i nakaz logiki teraz mamy akceptować jako potrzebę serca, której nie wolno przeciwstawiać chłodnych rozważań etyków...

Dla tych, których wahają się mimo argumentów zarówno racjonalistycznych, jak i irracjonalnych przygotowano drogę konformizmu. Choć bohaterka filmu Agnieszka Ziółkowska wypowiada się wybitnie polemicznie, domagając się zmiany społecznej mentalności, podkreśla się jednocześnie, że metoda in vitro jest społecznie akceptowana, powołując się na statystyki. To kolejna metoda perswazyjna, znana chociażby z amerykańskich batalii aborcyjnych: osiemdziesiąt procent (czyli „wszyscy”) są za tym, więc i ty się nie wyłamuj.

Twórcy filmu chcą także pokazać, że po in vitro sięgają ludzie przywiązani do tradycji, również religijnej. Dlatego główni bohaterowie pierwszego odcinka wspominają swój ślub kościelny, opowiadają nam nawet na jego temat ciekawy szczegół. Celebracja liturgiczna sakramentu małżeństwa i sztuczne zapłodnienie to ta sama emocjonująca historia - sugeruje scenariusz „dokumentu”. Czemu się dziwić, skoro in vitro to, wedle słów narratora „owoc wiary”, nadziei, determinacji...

Przemilczana prawda


Argumenty przeciwników in vitro nie są w analizowanym odcinku filmu nigdy formułowane wprost. Nie sposób ich nawet się domyślić. Na początku słyszymy o bliżej nieokreślonych wątpliwościach głównych bohaterów, które były źródłem konfliktów, kłótni między małżonkami. Za to ich przełamanie przyniosło parze spokój i harmonię. Z kolei trzydziestoletnie „dziecko z próbówki” w argumentacji tej (nadal nie przytaczanej) widzi stereotypy pełne niechęci do poczętych metodą in vitro. Ich kulminacją ma być rzekoma odmowa prawa do życia osobom poczętym z próbówki.

Pierwszorzędnym argumentem przeciw in vitro jest sytuacja zarodków – ludzkiego życia w najwcześniejszej jego fazie (zamrażanie, niszczenie). Sprzeciw moralny budzi również sprowadzenie ludzkiego (duchowo-cielesnego) sposobu przekazywania życia (który jest niepowtarzalny i nieprzewidywalny) do zwierzęcej reprodukcji (kontrola i dobór, czyli manipulacja). W filmie akcentuje się, że wszystkie kroki wiodące do zapłodnienie, a następnie wybór wszczepianego zarodka, to decyzja rodziców, którym dostarczono rzetelnej wiedzy. Sprowadza się on do przytaknięcia lekarzom rozważającym o jakości poszczególnych zarodków, wskazujących który jest „najpiękniejszy” itd. Z kolei informację o zamrożeniu nadliczbowych zarodków ma łagodzić zachęta pielęgniarki skierowana do matki, aby rozmawiała z dzieckiem - oczywiście tylko z tym wybranym do transferu. Na jego rodzeństwo uwag pada ponownie dopiero po poronieniu. Marzenia filmowych rodziców wciąż „mają szansę”. Droga przed nimi nie jest zamknięta, bo mają dużo mrożonych zarodków tłumaczy lekarz.

Duchowy, miłosny wymiar poczęcia zastępuje w metodzie in vitro po jednej ze stron masturbacja, po drugiej lekarska interwencja w organizm kobiety. W filmie samogwałt jest procedurą medyczną. Narracja jest tak prowadzona, że obrazom sygnalizującym tę czynność (bohater wchodzi za drzwi z napisem „pokój oddawania nasienia”) towarzyszą słowa małżonków podkreślających celebrację wzajemnej więzi, opis pozytywnych emocji żony itp. Później pojawiają się już tylko obrazy ilustrujące sterylności i techniczny język medycyny.

Reprodukcja metodą in vitro niesie ze sobą wzrost ryzyka wad rozwojowych, zdrowia, a także znaczące zagrożenie dla zdrowia kobiety. Uprzedzając cały ten obszar zastrzeżeń podnoszonych przez etyków twórcy filmu starają się przykryć go aurą tajemniczości. Szefowa klinik z powagą stwierdza, że duża nieskuteczność sztucznej metody poczęć jest tajemnicą, która być może pozostanie niewyjaśniona na zawsze. Dopiero po takim wprowadzeniu podawana jest (tym razem bardzo nieprecyzyjna) informacja o dużej statystycznie nieskuteczności tej procedury.

Precyzyjne zastrzeżenia wobec in vitro to przede wszystkim efekt ustaleń autonomicznych względem wiary dyscyplin wiedzy takich jak antropologia filozoficzna, etyka, a także biologia i medycyna. Dlatego sprzeciw wobec tych uzurpacji formułują osoby o różnych zapatrywaniach religijnych i światopoglądowych (np. Hanna Arendt). W medialnej kampanii, także w analizowanym filmie niewypowiedziane argumenty przeciw in vitro są nazwane przez męża pielęgniarki „racjami hierarchów”. Są one co najwyżej równe racjom jego przeciwników i powinny ulec przemianie wkraczając na „wspólną drogę”, ponieważ toczy się poważna „gra o życie”. Identyczną manipulację obrazem przeciwnika, którą widzimy na filmie propagującym in vitro, opisał Bernard Natanson referując strategię lobby aborcyjnego w USA. Dalecy od życia, dogmatyczni hierarchowie są rzekomo jedyną przeszkodą w „posiadaniu własnych dzieci” przez doświadczone bezpłodnością pary.

***

In vitro. Czekając na dziecko” to promocja klinik in vitro i kampania społeczna na rzecz tego procederu w jednym. Dlatego „dokument” zasługuje na taką samą uwagę, jak blok reklamowy go poprzedzający. Jego emisja w TVP to kolejne publiczne pieniądze wydane na ideologiczne szaleństwa. Znów zabraknie ich dla małżeństw i rodzin - tych płodnych i tych przeżywających dramat bezpłodności.

wtorek, 16 czerwca 2015

Nadzieje dla oświaty

Zwycięstwo wyborcze Andrzeja Dudy zostało przyjęte przez niemałą część społeczeństwa jako nowe otwarcie, nadzieja na odbudowanie autorytetu klasy politycznej i etosu polityka – jak to sformułował w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” prof. Jan Duda. Ów autorytet i etos nie istnieją zaś bez szczerze podjętej roztropnej troski o Ojczyznę. Poza wymiarem symbolicznym ta troska wcielać się musi w konkretne sektory i branże współtworzące naród. Pierwszy sygnał prezydenta-elekta otrzymał już świat nauki: „jako Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej dołożę wszelkich starań, by świeciła Ona również blaskiem swoich uczelni i instytucji naukowych”. Warto zatem rozważyć, jakie nadzieje budzić może zmiana na urzędzie prezydenckim dla środowiska oświatowego.

Rodzina – „mocny filar polskiego domu”

Pewne przesłanki w tym względzie przynosi „Umowa programowa”, którą zaproponował wyborcom kandydat na prezydenta. Nie jest bez znaczenia fakt, że zagadnienia oświatowe odnajdujemy w dziale „Rodzina”, jednym z czterech „mocnych filarów polskiego domu”. Funkcjonariusze i ideolodzy pochyleni nad systemem oświaty w Polsce wiele zrobili, zwłaszcza w ostatnich latach, żeby pierwszorzędnym kontekstem dla edukacji była albo rynkowa użyteczność „kapitału ludzkiego”, albo „wyzwalanie” młodego człowieka z opresji, jaką wnoszą rzekomo w jego życie tradycyjne instytucje m.in. rodzina i Kościół.

 „Prawo rodziców do decydowania o edukacji swoich dzieci”

Ta najnaturalniejsza w świecie rzecz, wpisana przecież wprost do polskiej konstytucji (!), obecna w programie Dudy to źródło szczególnej nadziei dla polskiej oświaty. Symboliczny spór o „brankę” sześciolatków, w który włączył się już Andrzej Duda spotykając się z z prof. Davidem Whitebreadem, nie wyczerpuje przecież zagadnienia. Reforma programowa polskiej szkoły (m.in. zrywająca z tradycją solidnego polskiego kształcenia ogólnego) i niemała część centralnej polityki oświatowej z ostatnich lat dokumentują ogrom działań idących w poprzek prawa rodziców do decydowania o edukacji swoich dzieci.

Jakie nadzieje budzić może zmiana na urzędzie prezydenckim dla środowiska oświatowego?

Powszechnie znany jest antyrodzinne ostrze konwencji przemocowej forsowanej przez polityków PO. Doskonałym przykładem zaaplikowania tego nastawienia w sferze oświaty jest propagowany usilnie przez Ośrodek Rozwoju Edukacji (podległy bezpośrednio MEN) „Zakładki. Podręcznik o przeciwdziałaniu mowie nienawiści w sieci poprzez edukację o prawach człowieka”. Znajdziemy w nim m.in. instruktarz dla nastolatków, jak taktownie kontaktować się przez Internet z siedemdziesięciodwuletnim gejem Ricardo. Uczestnicy kolejnej lekcji „klasyfikują różne przykłady homofobicznej mowy nienawiści od najmniej do najbardziej nienawistnej” i uczą się tropić rzekome „stereotypy i uprzedzenia”, które znaleźć można przecież nie tylko na kartach Pisma Świętego, ale także w polskiej konstytucji (gdy mówi o powadze małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety).

 „Poparcie zmian w edukacji przywracających 8-klasową szkołę podstawową i 4-letnie liceum”

Na to sformułowanie firmowane przez prezydenta-elekta chcę spojrzeć oczyma nauczycieli, którzy na pewno nie marzą o kolejnej wielkiej strukturalnej reformie szkolnictwa. Jestem jednak przekonany, że odwołanie się do skojarzenia z dawnym czteroletnim liceum miało w Polakach obudzić nadzieję na nawiązanie zerwanej nici dobrych tradycji polskiej szkoły i reanimowanie jej wymiaru programowego. W ostatnich latach liceum ogólnokształcące (niegdyś oferujące solidne kształcenie przedmaturalne) definitywnie już zmieniono w dwuipółletni kurs przygotowawczy na studia. Nauczyciele dość zgodnie twierdzą, że w tym przypadku ideologia „reformatorów” definitywnie zaszkodziła kształceniu ogólnemu.

Tyle że ani w tej, ani w żadnej innej sprawie politycy nie chcą ich słuchać. Kwiecień i maj był czasem manifestacji oświatowych związków zawodowych. Potwierdziły one tylko brak dialogu na linii rząd-pedagodzy i były okazją do ataków na nauczycielstwo ze strony mediów głównego nurtu. Dlatego na pierwszy plan środowisko oświatowe (obok zwiększenia nakładów na oświatę) wysuwa postulat poszanowania zawodu nauczyciela. Andrzej Duda w ankiecie dla ZNP zadeklarował, że jako prezydent będzie zabiegał o podniesienie rangi, znaczenia i pozycji zawodowej nauczycieli, że będzie prezydentem dialogu społecznego.

„Likwidacja systemu testowego”

Mimo uspokajających wieści o wysokiej pozycji polskiej edukacji w międzynarodowych rankingach jakość nauczania raczej spada. Niezawodnie diagnozuje taki stan rzeczy środowisko akademickie, które chcąc nie chcąc ma do czynienia z efektami „nowatorstwa” programowego w szkolnictwie. Wisienką na torcie jest system egzaminów zewnętrznych obowiązujący na wszystkich etapach edukacji. Dominacja testów sprowadza bowiem zbyt wiele spraw w nauczaniu szkolnym do rangi teleturnieju. Z tą różnicą, że „jurorzy” z okręgowych komisji egzaminacyjnych tak dostrajają zasady gry, aby zwycięstwo było łatwo dostępne niemal dla każdego. Postulujący w swoim programie likwidację systemu testowego dr Duda daje nadzieję, że oświacie na nowo będzie bliżej do powagi nauki niż błazenady show-biznesu.

Najnowsze przykłady z obecnej polityki oświatowej pokazują, że to właśnie w zabawianiu uczniów i schlebianiu ich gustom pokładają nadzieje urzędnicy z MEN. „Wielu nauczycieli ma dystans do nowych technologii” – grzmi minister Kluzik-Rostkowska. Tymczasem pilotaż projektu „Cyfrowa szkoła” wykazał, że zakupienie uczniom kosztownych elektronicznych zabawek nie wpływa w żaden sposób na osiągane przez nich wyniki edukacyjne. Tymczasem do ORE ściągani są redaktorzy kolorowych czasopism (m.in. niesławnej „Dziewczyny”), aby przeredagowali zawartość opracowywanych w pośpiechu e-podręczników. ORE dostał od podwykonawców treści elektronicznych pomocy naukowych, ale fachowcy z show-biznesu pracują obecnie nad tym, aby były one zrozumiałe dla uczniów (por. A. Grabek, Rząd nie zdąży z e-podręcznikiem, „Rzeczpospolita” z 2.06.2015).

Przywrócenie praw rodziców, rangi nauczycielskiego zawodu i powrót do pochwały mądrości – takie nadzieje odnajduję w postawie prezydenta-elekta wobec edukacji. W niemałej mierze poprzez naprawę oświaty i wychowania wiedzie droga do realizacji chwytającego za serce hasła: Przyszłość ma na imię Polska. A ponieważ ludzkie nadzieje zawsze bywają zawodne, nauczyciele już wkrótce, w pierwszych dniach lipca, wszystkie te sprawy zawierzą Królowej Polski na swojej dorocznej pielgrzymce na Jasną Górę.