czwartek, 20 sierpnia 2015

Witaj, szkoło, przed wyborami

Z czym w nowy rok szkolny prowadzi nas polityka oświatowa rządu i kampania wyborcza? Krótka, stronnicza i autorska agenda zagadnień oświatowych, które mogą być przedmiotem zabiegów polityków i tematem wrzawy medialnej, nazywanej wciąż dla niepoznaki „debatą publiczną”. Niektóre z nich równie dobrze mogą być skrzętnie ukrywane i tuszowane.

1. Minister Kluzik-Rostkowska nawet kiedy wprowadza nowy temat jest do bólu przewidywalna. Tym razem na celowniku są dwulatki. Mocą zmiany przepisów od 1 września 2016 r. zaczną „nadawać się” do przedszkola. Mówiąc o przewidywalności mam na myśli wciąż to samo  podłoże MEN-owskeigo kidnapingu. Motywacja zawsze ta sama: wiara, że mechanicznymi sposobami „uzawodowi się” kolejne kobiety tkwiące wciąż w okowach życia rodzinnego. Motyw drugi: załatać machinę systemu oświaty. Lada dzień młot przymusu szkolnego przepchnie rocznik sześciolatków do szkół, więc trzeba jakoś zatkać dziurę w przedszkolach. Etaty nauczycieli (wkrótce 66 letnie przedszkolanki z 25 osobową grupą dwulatków?), budynki i cała machina pozostała – trzeba to jakoś ogarnąć.

2. O przepełnionych na skutek branki sześciolatków podstawówkach już pisałem. Zostańmy jednak chwilkę jeszcze w szkole elementarnej. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do ministerialnego grafomaństwa? Radzę zajrzeć do części trzeciej podręcznika dla klasy drugiej. MEN-owskie ideologiczne przegięcie tu wyłazi najwyraźniej, ale ma prawo obywatelstwa w wielu obszarach tzw. polityki edukacyjnej (porównaj punkt 7).

fot. London Scout

3. „Zatkane” wnioskami o odroczenie przymusu szkolnego poradnie psychologiczno-pedagogiczne wrócą być może do zwykłego rytmu swojej pracy, ale nie na długo. Od 1 stycznia 2016 r. otrzymują nowe zadania dotyczące wspomagania szkół i placówek. Ich finansowanie? Cisza...

4. Szansę na medialną „karierę”, być może ostatnią w swojej krótkiej historii mają gimnazja. Politycy wiedzą, że coś warta (intelektualnie) dyskusja o treściach kształcenia, kierunkach wychowania, godności zawodu nauczyciela – nie przyniosą im punktów wyborczych. Likwidować czy nie likwidować gimnazja? O tym może się powymądrzać każdy, bo... wie mniej więcej o co chodzi. W kampanii politycy będą więc wywoływać ducha kolejnej wielkiej reformy strukturalnej. A specjaliści od takich zjaw, „spirytyści” rozlokowani w systemie (antysystemowcy! ratujcie) oświaty pilnie podchwycą wyzwanie. Na pewno bez straty dla siebie.

5. Ciemne chmury nie odsuwają się znad szkolnictwa specjalnego. „Równie dobra” jest edukacja włączająca – czyli wrzucenie dzieci ze specjalnymi potrzebami do szkoły masowej. Na pewno ciszy się wsparciem MEN i jego czołowej agendy: Ośrodka Rozwoju Edukacji. Ten temat raczej będzie ukrywany, ale fakty są proste: rycie pod szkolnictwem specjalnym trwa.

6. Ulubiony kierunek ucieczki materialistów od duchowego na wskroś zagadnienia wychowania dzieci i młodzieży: troska o zdrowie. Skoro „jakość życia” ma zastąpić wieczne zbawienie to skądinąd temat najważniejszy. W nowym roku szkolnym ulubionymi metodami administracyjnego przymusu żywność w szkolnych kioskach będzie uzdrowiona. Na to, że urzędowy cud uzdrowienia dotrze także do najbliższego szkoły sklepu spożywczego nie ma co już raczej liczyć.

7. Innych wielkich zmian w systemie nie zaplanowano. Ale najważniejszy proces jest innej natury: wszystkimi szczelinami sączy się do polskich szkół ideologia. Opinia publiczna wie już m.in. o: majstrowaniu na rzecz edukacji seksualnej, o promocji czytelnictwa prowadzonej metodami zapożyczonymi od przedstawicieli handlowych, o edukacji globalnej pełnej kosmicznych bzdur. Ale granty (czyli mówiąc językiem z Żeromskiego – „czerwieńce”) i agendy („odmieńce”) drążą tę dziedzinę życia na dziesiątki innych sposobów. Autor tego bloga, rzecz jasna, nie zmilczy, jeśli coś tylko wypatrzy i dlatego też poleca się na przyszłość.

https://www.facebook.com/brzozkaradoslawOsoby, którym spodobał się ten wpis zachęcam do polubienia strony
Radosław Brzózka

czwartek, 13 sierpnia 2015

Niż, wyż i burza (w szkole wielkomiejskiej)

Za dwa tygodnie Jaś pójdzie do szkoły. Ma sześć lat, ale nie miał tyle szczęścia co Staś, który uzyskał w poradni psychologiczno-pedagogicznej odroczenie przymusu szkolnego. Więc pójdzie, choć mama widzi gołym okiem, że przydałoby mu się jeszcze z rok bezszkolnego dzieciństwa.

Tata rzucał kapciem (ciapem, pantoflem – niepotrzebne skreślić) w telewizor, ile razy zobaczył w nim panią Kluzik-Rostkowską, ale to jak widać nic nie pomogło. Nie pomogło też zbieranie podpisów z Elbanowskimi. I nawet jeśli 6 września będą pytać rodziców o zdanie nt. sześciolatków w referendum, to Jaś już będzie w tym czasie skoszarowany w rejonowej szkole.

Chłopiec będzie już siedział w tym molochu bez duszy na osiedlu. Mama próbowała zapisać Jasia do szkoły, w której zna paru normalnych wierzących nauczycieli z powołania. Nic z tego. Półtora rocznika to nie jeden. – Żadnych indywidualnych marudzeń, gdy maszyna systemu oświaty pracuje pełną parą, do rejonu marsz! – wyczytał tata w rozporządzeniu do ustawy. Ustawę o oświacie skończył czytać na trzydziestej stronie, z wyrzutami sumienia, że może na tej ostatniej dwusetnej znalazłby jakiś ratunek dla swojego dziecka...

Nie będę pisał sagi o Jasiu, choć w trzecim tomie mogłoby się zrobić pikantnie, gdy chłopiec pójdzie pierwszy raz na lekcję seksedukacji realizowaną według porad metodycznych pani minister Kulizik-Rostkowskiej.

Czwarty tom mógłby być z intelektualno-politycznym dreszczykiem: Janek pokłócił się już ze swoim nauczycielem o teorię ewolucji i dotknął do żywego historyka przeprowadzając analogię między rewolucją francuską, a bolszewicką i seksualną roku 68. Ostatecznie nagrabił sobie pisząc w wypracowaniu z polskiego pochwałę barokowej literatury kontrreformacyjnej. Pani profesor postawiła mu pałę i wygłosiła kąśliwą uwagę. Załamany Janek poprosił co prawda znajomych na Uniwersytecie, którzy podsunęli jego pracę wykładowcom akademickim. Ci dali mu czwórkę. Tymczasem jednak trzeba zdać maturę...

Za dwa tygodnie w dużych miastach na młodych osiedlach na szkolnym korytarzu będzie nieciekawie. Nie mówię tu już o potrzebach rozwojowych dzieci, nawet o subtelnościach szkolnego wyposażenia. Jednak elementarna sprawa w państwowym zarządzaniu to zapanować nad masowymi potrzebami publicznymi. Tymczasem rząd poprzez reformę obowiązku szkolnego i jednoczesną reformę przedszkoli doprowadził do rozregulowania systemu edukacji.

Oświata zarządzana przez PO wbrew rodzicom stała się swoistą krainą paradoksów. To paradoks władzy, która stwarza problemy, choć powinna je rozwiązywać.

Oto bowiem zamiast wesprzeć szkoły w przyjęciu wyżowych roczników do podstawówek – rząd dodatkowo wpycha do nich sześciolatki. W tym samym czasie dociska przedszkola, aby przyjęły czterolatki – co skutkuje przepełnieniem szkolnych zerówek.

Wyż czy niż? Zamiast wesprzeć szkoły w przyjęciu wyżowych roczników do podstawówek – rząd dodatkowo wpycha do nich sześciolatki. Fot. Garrett Carroll
Tym sposobem po ośmiu latach nierozwiązanego problemu szkół pustoszejących z powodu niżu demograficznego – rząd sam stworzył drugi problem: problem szkół przepełnionych. Gdy dzieci ze wsi jadą długie kilometry po naukę, mijając puste budynki po szkołach – małe dzieci w mieście będą uczyć się na drugą zmianę, zabraknie być może dla nich stołówki czy sali gimnastycznej.
Ktoś powie, że to problemy tylko wybranych szkół. A poza tym szkoły jakoś sobie poradzą, sytuacja jest wyjątkowa i już się nie powtórzy. A ja odpowiem: Dobrze, ale w imię jakiego dobra te szkoły będą przeżywać turbulencje, a giętkość szkolnych dyrektorów (którzy już dawno, dawno temu zwątpili w autorytet prawa) będzie po raz setny wystawiona na próbę? Tym dobrem jest zmiana – odpowiedzą mi reformatorzy. A to oznacza, że mamy stale doświadczać niepowtarzalnych, wyjątkowych sytuacji. Chodzi po prostu o permanentną legislacyjną rewolucję, tak aby na zdrowy rozsądek i uczciwą pracę z młodym pokoleniem był jak najmniej czasu.

Tymczasem tak na chłopski rozum edukacja jest ogniwem łączącym silną liczną rodzinę z rozwijającym się gospodarczo i kulturalnie krajem. Tylko uzdrawiając cały ten łańcuch możemy odbudować polską oświatę.

Czy kiedyś jeszcze polska szkoła będzie bezpiecznym dachem, pod którym młode pokolenie schroni się przez dziejowym niżem i wyżem, a także polityczną burzą? A także przed gradem impulsów z ekranów komputerów, tabletów i telefonów? Miejscem, gdzie chwyci za książkę...

https://www.facebook.com/brzozkaradoslawOsoby, którym spodobał się ten wpis zachęcam do polubienia strony
Radosław Brzózka

piątek, 7 sierpnia 2015

Prawdziwie życiowe wychowanie

W poprzednim wpisie zarzekałem się, że o pedagogicznych sprawach to ja się raczej nie śmiem wymądrzać. Trzeba jednak grzecznie przeprosić i przyznać się: dziś będzie wyjątek.

Mamy bowiem oto wakacje w pełnej krasie, a moje skojarzenie wakacyjne numer jeden to nieodmiennie: oaza, letnia akcja (i formacja) Ruchu Światło-Życie (zwanego też przez mojego kolegę Mirka Ruchem „Światłość i Ciemność”. Rozbieżność między tymi dwoma nazwami świetnie zapewne oddaje kontrast między deklarowanymi ideałami i słabościami ich wykonawców).

Fos-Dzoe, Światło-Życie - starochrześcijański symbol przyjęty za własny przez ruch oazowy
 
Najlepsze wspomnienia, które są inspiracją do dzisiejszego wpisu, dotyczą przede wszystkim wspaniałych osób. Wychowawcy, gorliwi kapłani, starsi koledzy i koleżanki w których byłem zapatrzony ja i moi rówieśnicy „zaludniali” najbardziej brzemienny wychowawczo okres życia piszącego te słowa. Ich talenty i zabawne wady, ale przede wszystkim wspólne ewangeliczne spojrzenie na świat (uwaga, teraz będzie wzniośle) urabiały we mnie człowieka.

Przypomnijmy: oaza wakacyjna to rekolekcje, najczęściej piętnastodniowe. Dzieci, młodzież i rodziny (ale także dorośli, w tym klerycy i księża) – każda z tych grup osobno (młodzież w najważniejszych punktach programu, drżyjcie feministki i dżenderowcy, niekoedukacyjnie!) – odbywają ćwiczenia duchowe tzw. „metodą przeżyciową”.

Członkowie Ruchu Światło-Życie uczestniczą w nich na ogół w każde wakacje. Czasem, jak Brzózkowie w tym roku, korzystają w tym celu z ferii lub weekendu majowego. Skoro letni wyjazd mnie w tym roku ominął pozostaje mi jedynie się nieco powymądrzać.

Skarbem oazowej formacji jest ulokowanie modlitewnych i wychowawczych doświadczeń w najpiękniejszych zakątkach Polski. Wybrzeża jezior Suwalszczyzny (Augustów!) i tatrzańskie wioski Gliczarów Górny i Stasikówka stanowiły dla mnie i przyjaciół mojej młodości scenerię duchowych zmagań. Program formacyjny, zwłaszcza dla dzieci i młodzieży, przewiduje świadomie przeżywane spotkania z naturą, a przez nią z jej Stwórcą. Światło, woda, góra i mnóstwo innych naturalnych zjawisk to także zestaw kluczy do biblijnych obrazów Zbawienia. Rzecz nabiera nowego aktualności względem pokolenia patrzącego na świat za pośrednictwem smartfonu...

Jestem głęboko przekonany, że owa „metoda przeżyciowa” jest wielkim skarbem wychowawczym Polski. Choć ma jedną wadę: mylącą nazwę.

Nabieranie praktycznych sprawności (w tym sprawności moralnych – cnót) i dowartościowanie wychowawczej roli starszych kolegów i koleżanek – toż to harcerstwo. Ks. Blachnicki znający polski skauting doskonale wysunął na czoło swojej pracy wychowawczej zagadnienia religijne, a przed ludzkimi sprawnościami postawił boskie cnoty. Jak widać z tego opisu nic tu „przeżyciowego” w sensie postawienia na uczucia, ckliwość, sentymenty. Wychowanie oazowe jest (w założeniu przynajmniej) nie tyle „przeżyciowe”, co życiowe. To życie chrześcijańskie w praktyce: praktyczne ćwiczenia rekolekcyjne w wakacje („oaza”) i praktyczne życie religijne w parafii, na uczelni, w lokalnej społeczności („pustynia”).

Co pociąga młodych ludzi? Wielka sprawa! Od stuleci ideolodzy podsuwają kolejnym młodzieńczym entuzjastom fałszywe tropy. Jakie dzisiaj? Bunt miejski, radykalny ekologizm, alteglobalizm? Nie śledzę subkulturowych mód od lat. Od zawsze chrześcijaństwo stara się pociągnąć kolejne pokolenie do swojej wielkiej sprawy głoszenia Chrystusa: ewangelizacji, misji. Czasem udaje mu się to lepiej, czasem zapędzi się w jakieś ślepe uliczki. Miłość natchnionego Ewangelią wychowawcy potrafi znaleźć wspólnotę z dziecięcą i młodzieżową otwartością na szczerą przyjaźń i prawdziwą przygodę. Oto atrakcyjność wychowawczego Ruchu Światło-Życie w pigułce. O kontraście do siły przekonywania szkoły (nawet tej z lekcją religii) nie muszę chyba mówić.

Jeszcze ta prawdziwie Chrystusowa tonacja bezinteresowności i ofiarności. Tu nikt nie oblicza pensum i nie powołuje się na Kartę Nauczyciela. Tu wszyscy wychowawcy i wychowankowie są wezwani do abstynencji, młodzież do skromności w stroju, rodziny do odrzucenia antykoncepcji.

Ruch Światło-Życie służy wielkiej sprawie pomagając kolejnym pokoleniom okrywać powołania (także do kapłaństwa i życia konsekrowanego). Przez pustynię współczesnej (anty)kultury prowadzi tysiące rodzin katolickich w Polsce i na emigracji. Nie uchyla się od aktualnych wyzwań. Normalne życie rodzinne jest możliwe, to droga chrześcijaństwa w przyszłość – piszą do pp Franciszka oazowicze z Domowego Kościoła (przeczytaj).

Ta droga wychowania ma dorobek. Warto mu się dobrze przyjrzeć, w czym coraz mocniej pomaga od strony intelektualnej m.in.  Instytut im. ks. Franciszka Blachnickiego. Ten kierunek wychowawczy nie powiedziała też ostatniego słowa. Liczę, ze dojdzie do głosu w Polsce, której pierwszym obywatelem od niedawna jest harcerz.

Wpis ten dedykuję szczególnie księdzu Tadeuszowi, który za wierność wizji Kościoła Żywego w ostatnich tygodniach płaci niemałą cenę.