czwartek, 24 września 2015

PiS wita się z oświatową gąską

Wiele wskazuje na to, że za półtora miesiąca władza nad Polską, a więc także nad polską szkołą, przejdzie w nowe ręce. Na razie oczywiście trwa kampania wyborcza. Warunki do poważnej uczciwej rozmowy na temat oświaty jak najgorsze. Ale pytania rodzą się jak najpoważniejsze. Czego się spodziewać w dziedzinie edukacji? Czy mamy podstawy do nadziei czy możemy obawiać się rozczarowania?

Tylko populizm i centralizm, czy także zdrowy rozsądek?

PiS dostarczył nam materiału do badań. Trzy tematy: nauczycielstwo i nadzór pedagogiczny, programy nauczania, struktura systemu oświaty – omówiły na lipcowej konferencji partii osoby ze ścisłego zaplecza politycznego. To dwoje nauczycieli, a zarazem posłów (E. Witek, S. Kłosowski) oraz nauczyciel akademicki z doświadczeniem w roli wiceministra (A. Waśko). Czy PiS ma branżowe zaplecze poza partią? Czy obok specjalistów z różnych dziedzin wiedzy może liczyć na znawców sztuki nowoczesnego zarządzania oświatą? Nie jestem pewien.


Zabierając się do takiej lektury po pierwsze spodziewałem się znaleźć pewną dawkę populizmu (przedwyborcze uroki demokracji). Po drugie znając klimat ideowy PiS, dominujący w nim sposób myślenia o organizacji życia społecznego („państwowcy”) spodziewałem się sporej dozy myślenia centralistycznego. Po trzecie jednak PiS jest reprezentantem „prawicowych” (pojemne hasło) oczekiwań względem życia publicznego, z nadzieją wypatrywałem więc w tekstach porcji zdrowego rozsądku, realistycznego myślenia o młodym pokoleniu i pedagogach, tonu patriotycznego. Nie pomyliłem się.

Obietnice spóźnione

Z populizmem, niebezpiecznie zahaczającym o zwykłą fuszerkę, mamy do czynienia, gdy PiS obiecuje to, co już jest zrealizowane. Dodajmy, że bywają to postulaty nie zawsze trafne. Mówi się więc o statusie funkcjonariusza publicznego dla nauczycieli. Tymczasem pedagodzy posiadają go niezmiennie od czasów, gdy resortem edukacji kierował R. Giertych. Zapowiadana jest likwidacja oceny miernej. Takiej oceny nie ma od wielu lat, zastąpiła ją dopuszczająca. Politycy opozycji zachwalają nauczanie języka obcego od przedszkola. Ta sprawa też jest już przesądzona. Niestety, bo uczenie narzecza znad Tamizy dzieci, które nie opanowały jeszcze mowy ojczystej to wątpliwa sprawa. Parafrazując niedoszłego magistra A. Kwaśniewskiego: PiS-ie, nie idź tą drogą!

Obiecanki cacanki

Niektóre postulaty brzmią niewiarygodnie. Bywają sprzeczne z innymi założeniami projektowanej polityki edukacyjnej. Jak dalej wykażę, rząd Beaty Szydło ma rozbudowywać administrację szkolną i generalnie centralizować oświatę. Jako doświadczony urzędnik i obywatel za żadne skarby nie uwierzę więc, że dojdzie do obiecywanego (któż tego już nie obiecywał) ograniczenia dokumentacji.

Biurokratyczne usztywnienie systemu (wiele władny minister, kurator i reprezentujący ich inspektor w każdym powiecie) nie posłuży też uproszczeniu, ujednoliceniu i scaleniu przepisów. Zwłaszcza, że metodą legislacyjnych porządków ma być wedle zapowiedzi pisanie prawa od nowa. Podpowiadam po raz kolejny metodę brytyjskiej dyplomacji: przepis dodać może ten, kto zaproponuje skreślenie dwóch innych.

Nie budzą wreszcie mojego zaufania ogólniki w stylu: będziemy dużo wymagać, ale także doceniać i nagradzać nauczycieli. Nie towarzyszy im bowiem choćby pół zdania na temat narzędzi zarządzania. Jak wyegzekwować wysokie wymagania stawiane nauczycielom? Jak konkretnie motywować ich do pracy (gdy obiecuje się jednocześnie, że Karta Nauczyciela jest nienaruszalna)? Administrowanie w starym stylu, centralizacja – tylko takich sugestii można się dopatrzeć w wypowiedziach PiS-owskich strategów.

Konwencja bez podlizywania to konwencja stracona?

PiS populistycznie ulega także lobby nauczycielskiemu. Mniej niepokoją mnie obietnice składane pedagogom, bardziej, że nie towarzyszą im rozwiązania dające nadzieję na wzrost efektywności systemu oświaty. Zapowiadając wzmocnienie pozycji nauczyciela wobec rodziców i samorządu – podburza się tylko roszczeniowość postkomunistycznego ZNP i demonstruje państwowy paternalizm. Deklarując likwidację „godzin karcianych” – pomniejsza się liczbę zajęć dodatkowych w szkołach, osłabia narzędzia zarządcze dyrektora. Alternatywnych propozycji brak.

Jak już raz pisałem, chłopcem (i dziewczyną) do bicia są dla PiS-u gimnazja. Pełne rozmachu zamiary reformatorskie i jednocześnie prosty przekaz streszczają się w zdaniu: zlikwidujmy gimnazja. To niebezpieczna ślepa uliczka. Trzeba będzie temu poświęcić kiedyś osobny wpis.

Na razie analiza wygląda jednostronnie krytycznie, ale na tle platformianej mizerii niejedna propozycja lidera przedwyborczych sondaży prezentuje się obiecująco. Niejedna nadzieja świta. Dlatego zapraszam do lektury drugiej części tej analizy. Już wkrótce CDN.

czwartek, 3 września 2015

Z gorszycielami się nie dyskutuje

Tuż przed początkiem roku szkolnego (30 sierpnia) tłum rodziców przeszedł przez Warszawę. Zorganizowała go szeroka koalicja organizacji, wspólnot i przedsięwzięć. Hasło: Stop deprawacji w edukacji. Podzielam diagnozę, która zmotywowała do akcji mimo upalnej końcówki sierpnia: Ministerstwo pod rządami Joanny Kluzik-Rostkowskiej stanowi wielkie (i coraz bardziej konkretne) zagrożenie dla zdrowego prorodzinnego wychowania polskich dzieci.

Stop deprawacji w edukacji!

Działać trzeba szybko i z dużą siłą. Podobnie jak w sprawie przymusu szkolnego dla sześciolatków polityk Platformy dzierżący oświatową tekę jest gotowa posługiwać się metodą faktów dokonanych. Swoje zadanie widzę w zdemaskowaniu intelektualnej i moralnej nędzy stojącej za tą aktywnością Kluzik-Rostkowskiej.

Choćby nie wiem jak kręciła pani minister – chodzi ostatecznie o urzędowe sankcjonowanie deprawujących treści w programach szkolnych. Aktywność ministerstwa nie jest początkiem nowego procesu, lecz raczej zwieńczeniem eksportu rewolucji seksualnej do Polski.

Dokonuje się on od wielu lat, także w obszarze edukacji. Działa na jego rzecz koalicja ekspozytur międzynarodowych organizacji (ze sławetnymi standardami WHO na ustach) ubierających się w szaty „polskich” organizacji pozarządowych. Łączą się w niej agendy o profilu (jawnym lub skrywanym) homoseksualnym, antykoncepcyjnym, aborcyjnym, a także... postkomunistycznym – ważnym podmiotem tej koalicji jest ZNP.

Tyle ustalenia faktów i określania prognoz. Jeśli chodzi o ich interpretacje sięgnijmy do słownika Karola Wojtyły, autora książki mającej wiele wspólnego z roztrząsanym tematem – „Miłość i odpowiedzialność” (Pani minister polecam na początek krótszą i łatwiejszą lekturę: „Elementarz etyczny” tegoż autora). Propozycje MEN oznaczają nieodpowiedzialność, po trzykroć nieodpowiedzialność.

Po pierwsze nieodpowiedzialna polityka edukacyjna

Edukacja seksualna ma być „miękka, ładna, przyjemna” i stanowić „komplet informacji” – wyrwało się jakiś czas temu pani minister. „Przyjemne” i „informacyjne” podejście demaskuje, że minister i ci, których szef MEN jest narzędziem chcą oderwać seksualność młodego pokolenia od moralności (gdzie obok przyjemności jest godziwość, obok doznań seksualnych – odpowiedzialność na małżonka i otwartość na nowe ludzkie życie), a skoro tak to nie chcą jej wychowywać (co najwyżej o niej poestetyzować – edukacja seksualna ma być „ładna”).

Po drugie nieodpowiedzialność w programach i podręcznikach

O „Wielkiej księdze cipek” i pozostałych tomach „miękkich, ładnych i przyjemnych” książek pewnie każdy już słyszał. Ja mam na myśli opieranie całego przewrotu w dziedzinie, która nazywała się do nie dawna „wychowanie do życia w rodzinie” na... badaniach socjologicznych. Statystyczne zestawienie anonimowych rojeń ma poprawić odpowiedzialny dorobek znawców etyki i pedagogiki, ma korygować wypracowywane przez zespoły specjalistów i wielokrotnie doskonalone podręczniki. Ile trzeba siedzieć przed telewizorem, żeby taki pomysł przyjąć bez bólu zębów?

Po trzecie nieodpowiedzialność prowadzących lekcje


Inicjatorzy rewolucji stawiają stale w stan oskarżenia nauczycieli w roli prowadzących zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. Są to zapewne bardzo rozmaici ludzie, ale wyróżnia ich jedna rzecz. To oni mają stały kontakt z uczniami szkoły, w której pracują. Oni są też bez trudu dostępni dla rodziców młodych ludzi. Często sami dbają o kontakt z domami swoich wychowanków. Tych właśnie nauczycieli mają zastąpić edukatorzy, ludzie o którym na pewno można powiedzieć tylko jedno: są opłacani z grantów, z funduszy prywatnych i publicznych pochodzących z zagranicy.

http://stopdeprawacji.pl/

Środowiska demoralizatorów mają w Polsce wciąż dość wątłą bazę społeczną. Ich celem jest na razie poddać w wątpliwość status quo i podbijać „debatę”. Wyciągają na światło dzienne dewiacje. Gorliwie rwą się do „uświadamiania”. Robią założenie, że każde z naszych dzieci stanie wobec dylematów charakterystycznych dla prostytutek. Stąd prymat „zabezpieczania” i unikania „niechcianych” skutków rozwiązłości.

Jak już uruchomią te gorszycielskie dyskusje – demoralizatorzy i ich użyteczni idioci będą mogli liczyć na swoją medialną przewagę. Dlatego żadnych dyskusji. Stop! Ani kropli deprawacji w edukacji i w dyskusjach o szkole.