czwartek, 3 września 2015

Z gorszycielami się nie dyskutuje

Tuż przed początkiem roku szkolnego (30 sierpnia) tłum rodziców przeszedł przez Warszawę. Zorganizowała go szeroka koalicja organizacji, wspólnot i przedsięwzięć. Hasło: Stop deprawacji w edukacji. Podzielam diagnozę, która zmotywowała do akcji mimo upalnej końcówki sierpnia: Ministerstwo pod rządami Joanny Kluzik-Rostkowskiej stanowi wielkie (i coraz bardziej konkretne) zagrożenie dla zdrowego prorodzinnego wychowania polskich dzieci.

Stop deprawacji w edukacji!

Działać trzeba szybko i z dużą siłą. Podobnie jak w sprawie przymusu szkolnego dla sześciolatków polityk Platformy dzierżący oświatową tekę jest gotowa posługiwać się metodą faktów dokonanych. Swoje zadanie widzę w zdemaskowaniu intelektualnej i moralnej nędzy stojącej za tą aktywnością Kluzik-Rostkowskiej.

Choćby nie wiem jak kręciła pani minister – chodzi ostatecznie o urzędowe sankcjonowanie deprawujących treści w programach szkolnych. Aktywność ministerstwa nie jest początkiem nowego procesu, lecz raczej zwieńczeniem eksportu rewolucji seksualnej do Polski.

Dokonuje się on od wielu lat, także w obszarze edukacji. Działa na jego rzecz koalicja ekspozytur międzynarodowych organizacji (ze sławetnymi standardami WHO na ustach) ubierających się w szaty „polskich” organizacji pozarządowych. Łączą się w niej agendy o profilu (jawnym lub skrywanym) homoseksualnym, antykoncepcyjnym, aborcyjnym, a także... postkomunistycznym – ważnym podmiotem tej koalicji jest ZNP.

Tyle ustalenia faktów i określania prognoz. Jeśli chodzi o ich interpretacje sięgnijmy do słownika Karola Wojtyły, autora książki mającej wiele wspólnego z roztrząsanym tematem – „Miłość i odpowiedzialność” (Pani minister polecam na początek krótszą i łatwiejszą lekturę: „Elementarz etyczny” tegoż autora). Propozycje MEN oznaczają nieodpowiedzialność, po trzykroć nieodpowiedzialność.

Po pierwsze nieodpowiedzialna polityka edukacyjna

Edukacja seksualna ma być „miękka, ładna, przyjemna” i stanowić „komplet informacji” – wyrwało się jakiś czas temu pani minister. „Przyjemne” i „informacyjne” podejście demaskuje, że minister i ci, których szef MEN jest narzędziem chcą oderwać seksualność młodego pokolenia od moralności (gdzie obok przyjemności jest godziwość, obok doznań seksualnych – odpowiedzialność na małżonka i otwartość na nowe ludzkie życie), a skoro tak to nie chcą jej wychowywać (co najwyżej o niej poestetyzować – edukacja seksualna ma być „ładna”).

Po drugie nieodpowiedzialność w programach i podręcznikach

O „Wielkiej księdze cipek” i pozostałych tomach „miękkich, ładnych i przyjemnych” książek pewnie każdy już słyszał. Ja mam na myśli opieranie całego przewrotu w dziedzinie, która nazywała się do nie dawna „wychowanie do życia w rodzinie” na... badaniach socjologicznych. Statystyczne zestawienie anonimowych rojeń ma poprawić odpowiedzialny dorobek znawców etyki i pedagogiki, ma korygować wypracowywane przez zespoły specjalistów i wielokrotnie doskonalone podręczniki. Ile trzeba siedzieć przed telewizorem, żeby taki pomysł przyjąć bez bólu zębów?

Po trzecie nieodpowiedzialność prowadzących lekcje


Inicjatorzy rewolucji stawiają stale w stan oskarżenia nauczycieli w roli prowadzących zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. Są to zapewne bardzo rozmaici ludzie, ale wyróżnia ich jedna rzecz. To oni mają stały kontakt z uczniami szkoły, w której pracują. Oni są też bez trudu dostępni dla rodziców młodych ludzi. Często sami dbają o kontakt z domami swoich wychowanków. Tych właśnie nauczycieli mają zastąpić edukatorzy, ludzie o którym na pewno można powiedzieć tylko jedno: są opłacani z grantów, z funduszy prywatnych i publicznych pochodzących z zagranicy.

http://stopdeprawacji.pl/

Środowiska demoralizatorów mają w Polsce wciąż dość wątłą bazę społeczną. Ich celem jest na razie poddać w wątpliwość status quo i podbijać „debatę”. Wyciągają na światło dzienne dewiacje. Gorliwie rwą się do „uświadamiania”. Robią założenie, że każde z naszych dzieci stanie wobec dylematów charakterystycznych dla prostytutek. Stąd prymat „zabezpieczania” i unikania „niechcianych” skutków rozwiązłości.

Jak już uruchomią te gorszycielskie dyskusje – demoralizatorzy i ich użyteczni idioci będą mogli liczyć na swoją medialną przewagę. Dlatego żadnych dyskusji. Stop! Ani kropli deprawacji w edukacji i w dyskusjach o szkole.

2 komentarze:

  1. zamiast "pożyteczni idioci" pisz Drogi Autorze "użyteczni idioci", bo z nich pożytku nie ma

    OdpowiedzUsuń