piątek, 30 października 2015

Dyrektor szkoły – klasyfikacja gatunkowa

Przez ostatnie osiem lat recenzowałem pomysły i działania kolejnych ministrów ds. oświaty. To pierwszy krok, by przyjrzeć się się polityce edukacyjnej.

Było to zadanie nietrudne i niewdzięczne. Nietrudne – bo niski lot kolejnych lokatorów gabinetu na Szucha nie zmuszał do polemizowania z subtelnymi intelektualnie koncepcjami. Niewdzięczne – bo sprowadzało się coraz bardziej do katalogowania absurdów i konkretnych szkód, które generowane było w MEN. A żadna to radość być kronikarzem upadku tak ważnej dziedziny życia polskiego.

Dziś ciekawość intelektualna popycha mnie gdzie indziej. Z najwyższego szczebla polityki edukacyjnej proponuję Drogiemu Czytelnikowi przenieść się na najniższy. Pożegnawszy ministrów edukacji (przywitać nowego odpowiednim wpisem oczywiście nie omieszkam) wyjdźmy na spotkanie dyrektora szkoły. Zapewne w jego gabinecie spotkamy cienie i blaski polityki na miarę gminy czy powiatu. Ale jego biurko, komputer i głowę wypełniają sprawy inne, sprawy zarządzania konkretną instytucją oświatową.

Wraz z hipotetycznym dyrektorem spróbuję poszukać inspiracji tam, gdzie sam już ścieżkę wydeptałem: u klasyka etyki wychowawczej oraz w poglądach na społeczne relacje zakorzenionych w staropolszczyźnie. „Wsadzimy nos” także do współczesnych teorii zarządzania czy dobrych praktyk, których nie brakuje w polskiej oświacie w Roku Pańskim 2015.

Jak bardzo niesympatycznie brzmiałoby to w uszach humanistów dla opisu zarządzania szkołą wygodnie jest wyróżnić w nim różnorodne procesy. Wśród nich są takie, które w bardzo znaczący sposób różnią się od dynamiki właściwej innym instytucjom oraz takie, które posiadają liczne podobieństwa z tym, co dokonuje się w innych organizacjach.

Do jakiego rodzaju należy szkolny "dyr", a jaka jest jego differentia specifica? –  fot. Thomas Lefebvre
 
Trudno nauczanie – np. odbywające się w szkole zawodowej kształcenie przyszłej inteligencji technicznej – sprowadzić do procesów spotykanych w innej firmie (nawet firmie szkoleniowej). Nie sposób też udawać, że wsparcie wychowawcze, którego szkoła udziela uczniowi (a zarazem jego rodzinie) da się opisać analogicznie jak procesy związane z rozmaitymi usługami. Wreszcie grono pedagogiczne to także absolutnie wyróżniający się „personel firmy”, kształtujący się i doskonalący specyficznie.

Z drugiej strony szkołę jako instytucję w środowisku lokalnym można opisać poprzez podobieństwa do dwóch niepodobnych rzeczy: organizacji pozarządowych i instytucji publicznych. Przyglądając się przykładowemu technikum będę oczywiście (dlaczego oczywiście? Warto poczytać poprzednie posty) kładł akcent na pochwałę tego co oddolne, samorzutne, co jest wspólnotą i samo-rządzeniem się.

Bez uprzedzeń trzeba także spojrzeć na dorobek współczesnej nauki o zarządzaniu. To świat daleki i nieprzyjazny dla większości bywalców pokoju nauczycielskiego. Jestem jednak gotów przekonywać, że gdy będziemy pielęgnować zrozumienie i realizację właściwego celu szkoły – odrobina sznytu korporacyjnego wyjść może na zdrowie.

Nie ma sensu nawet dyskutować o jakichś nadzwyczajnych regułach kierowania stroną materialną szkoły. Zarządzanie nieruchomościami, inwestycje, remonty, doposażanie – tu nie można się tłumaczyć misją, to trzeba zrobić według standardów XXI wieku. Dobrzy dyrektorzy to wiedzą, zaciskają swoje nauczycielskie zęby i dają radę!

Taki oto spis treści stanowi dzisiejszy post. Przeczuwam, że jednym z głównych wniosków z umysłowych wędrówek będzie świeże i ostre ujrzenie wspólnoty mistrzów i uczniów osadzonych w racjonalnie urządzonym gnieździe-instytucji. Nie będę udawał, że rozwinięcie wywodu jest gotowe. Ale poletko w umyśle już wykiełkowało, i mimo zimy liczę na owocowanie. Blogowy „poczęstunek” jak dotychczas – co dwa tygodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz