czwartek, 1 października 2015

Szkolne plany „państwowców”

W pierwszej części analizy oświatowego programu PiS wytknąłem jego autorom propozycje populistyczne. Oferta drużyny Beaty Szydło cechuje się jednak nie tylko przedwyborczym obiecywaniem. Dobrze ilustruje również pisowski sposób myślenia o organizacji życia społecznego. Reprezentanci tej partii chętnie definiują się jako „państwowcy”. Podchodzą do instytucji państwa z powagą, ale też przeceniają jej rolę w życiu człowieka i narodu. Może ich centralizm będzie dobrą terapią wstrząsową dla polskiej edukacji? Nie ma co grzebać nadziei, zwłaszcza, że niemało w programie PiS zdrowego rozsądku, realistycznego myślenia o młodym pokoleniu i pedagogach, tonu patriotycznego.

Oderwijmy się na chwilę od kampanii i spójrzmy z lotu ptaka na Europę. Aborcja, eutanazja, homoseksualizm, rola religii, gender, edukacja seksualna w szkole – w spory o te sprawy angażują się państwa zdegenerowanego Zachodu. Wystarczyłoby jednak wrócić do korzeni: zdrowego rozumu i chrześcijaństwa – a sprawy natychmiast załatwione. Wokół państwa (jego spraw wewnętrznych) w naszej cywilizacji warto natomiast zawsze toczyć debatę: autonomia czy centralizm? PiS lokuje się na tym drugim biegunie, także w stosunku do oświaty.

Centralny nadzór nad oświatą

PiS chce dać rządowi silne instrumenty polityki oświatowej (której moim zdaniem powinno być jak najmniej. Oświata to sprawa społeczna, nie polityczna i państwowa). Wykonawcami jego wizji będą minister i kuratorzy. Ci ostatni mają mieć władzę wydawania wiążących poleceń samorządom i wiążących opinii w stosunku do ich kluczowych decyzji. Oznacza to, że urzędnik rządowy, nie martwiąc się w najmniejszym stopniu o budżet danej gminy czy powiatu, będzie w rozstrzygający sposób opiniował kształt organizacyjny pojedynczych szkół i całych ich sieci. Rządowych dążeń dopilnuje w każdym z ponad 300 powiatów kuratoryjny inspektor. Program PiS mocno podkreśla integracyjną rolę oświaty dla życia narodowego. To moim zdaniem pierwsze i jedyne zadanie państwa w oświacie, które definiowałbym raczej negatywnie: nie dopuścić do antycywilizacyjnych i antypolskich działań w szkołach (jakich jak np. propagowanie ideologii gender albo antypolskich haseł na Śląsku).

PiS chce dać rządowi silne instrumenty polityki oświatowej. Fot. Patrik Göthe


Reforma? Apeluję o kontrrewolucję!


Oświatowi politycy opozycji planują oczywiście to, przed czym od zawsze przestrzegam: wielką reformę strukturalną, która ma udoskonalić system edukacji. Ta jednolita struktura to powrót do oswojonego przez starsze, peerelowskie pokolenie schematu kształcenia (wzmiankę o liceach zawodowych pomijam jako absurdalną w świetle niedawnej historii liceów profilowanych). Widać, że refleksja PiS-owskich strategów nie wykracza poza reformę jędrzejewiczowską. Apeluję wprost, gdy nie jest jeszcze za późno: Sięgnijcie po wzorce ze skarbca cywilizacji łacińskiej. Nie zamykajcie oczu na starożytną paideję, dorobek średniowiecznych uniwersytetów i na to, co w polskim szkolnictwie było chwalebnym udziałem w tamtych szczytowych osiągnięciach intelektualnych naszej kultury (rozumienie człowieka i jego kultury właśnie!), że przytoczę tylko gimnazja klasyczne i edukację domową w polskich dworach.

Państwowe programowanie

Po wszystkich sporach o jedynie słuszny podręcznik Kluzik-Rostkowskiej eksperci Beaty Szydło nie zawahali się planować większego wpływu państwa na programy szkolne. Zapowiadają nawet jednolity program edukacyjny dla przedszkoli. Ciekawostką jest też zamiar kontraktowania praktyk zawodowych dla uczniów przez kuratoria (chyba po wybudowaniu w najbliższej czterolatce nowych fabryk?). Upaństwowiony ma być też systemu doradztwa metodycznego i doskonalenia zawodowego nauczycieli (dotychczas samorządowy, niedofinansowany i pozostawiający wiele do życzenia). Koroną tej silnej struktury ma być Narodowy (z nazwy, w rzeczywistości państwowy) Instytut Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników.

Miotła na układy czy bat na polskość?

Może ta niezbyt mi bliska formuła przyda się w krytycznym dla Polski momencie kulturalnej degeneracji? Życzę z całego serca drużynie Beaty Szydło, aby uruchomiwszy opisaną powyżej machinę skutecznie wymiotła z polskiej szkoły szeroko rozumiany postkomunizm. Żeby rozliczyła materialnie i moralnie ZNP. Żeby postawiła tamę wpływom ideowym i organizacyjnym (przez rozmaite fundacje i akcje) środowiska, które symbolizuje „Gazeta Wyborcza”. Żeby przy okazji pogoniła wiszących na tym „okrągłostołowym” układzie rozmaitych „przedsiębiorczych” cwaniaczków.

Jednak w imieniu stronnictwa (oj, bardzo słabego) autonomistów zadam też niepokojące pytanie. Co się stanie, gdy po krótszym lub dłuższym czasie tę machinę przekażecie ludziom pokroju Ewy Kopacz lub Janusza Palikota? Czy nie będzie doskonałym narzędziem do ateizacji polskiej szkoły, szybkiego zaprowadzenia seksedukacji albo lekcji z zakresu eutanazji? Okaże się wtedy, że Polacy są dużo bardziej bezbronni niż przy obecnym (fatalnym!) kształcie systemu oświaty, gdzie  rodzice poprzez pospolite ruszenie, poprzez swoje organizacje i samorząd terytorialny mogą reagować na ideologiczne zapędy polityków na poziomie centralnym.

Ostatnia porcja propozycji programowych, która została do omówienia budzi ufność, że wkrótce zaczną się dobre porządki w polskiej szkole. Po wyborze Andrzeja Dudy pisałem o nadziejach dla oświaty, w następnym wpisie omówię już bardzo realne, bliskie szanse, które niesie ze sobą gabinet Beaty Szydło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz