czwartek, 26 listopada 2015

Życie to nie testy, czyli oświata w expose

Wybaczcie, ale jeszcze o dużej polityce. Oparty na dobrym fundamencie plan dla oświaty jest jednym z kluczowych elementów strategii narodowego odrodzenia zaprezentowanej przez Beatę Szydło.

Realistyczny fundament

Jak zgodnie orzekli komentatorzy w centrum expose znalazł się rozwój. Z satysfakcją trzeba dodać, że nie jest on przez B. Szydło rozumiany jako bezduszny proces społeczny czy ekonomiczny. Nowy rząd myśli o rozwoju personalistycznie, skoro kładzie tak silny akcent na politykę prorodzinną i pronatalistyczną (nad Wisłą wyłania się wyspa w Europie pogrążonej w odmętach antynatalizmu!)

Fot. Premier.gov.pl

Takie odczytanie programu rządu jest jak najbardziej uzasadnione. Nie tylko dwie pierwsze naturalne inklinacje ludzkiego bytu (do życia i przekazania życia) w nim przywołano. Planowany rozwój ma oprzeć się na uruchomieniu „wielkiej rezerwy”, a jest nią potencjał intelektualny Polaków – czyli ich rozwój osobowy w najzwięźlejszym ujęciu.

Zadaniem państwa jest oczywiście dać tym najważniejszym na świecie sprawom ludzkim podstawy materialne. Właśnie w kontekście rozwoju ekonomicznego pojawia się w expose pierwsze odniesienie do oświaty, konkretnie do szkolnictwa zawodowego. Rozważania te pierwszy raz od wielu lat brzmią wiarygodnie, bo padają na tle wszechstronnego planu ożywienia rodzimej gospodarki. To już nie anonimowe siły „rynku pracy”, ale rozpędzająca się do skoku cywilizacyjnego gospodarka narodowa będzie usensawniać i konkretyzować kształcenie fachowców wielu branż na poziomie średnim i wyższym.

Rodzina i wspólnota lokalna

 
Zanim usłyszeliśmy poświęcony oświacie fragment expose, w centrum uwagi ponownie znalazła się rodzina, a także społeczność lokalna. Domową wspólnotę symbolicznie umieszczono w nazwie ministerstwa. W tym kontekście padła zapowiedź rozbudowy, częściowo bezpłatnej, sieci przedszkoli. Przy tym fragmencie zapalmy jednak nowej ekipie lampkę ostrzegawczą. Takie działanie ma być zawsze odpowiedzią na rzeczywisty popyt na opiekuńczą usługę, nigdy – próbą jego kreowania. Feministycznym demiurgiem w tej materii starała się być J. Kluzik-Rostkowska, poprzednia szefowa MEN, ale wcześniej także minister w rządzie PiS. Podtrzymano także zapowiedź powrotu do szkół gabinetów stomatologicznych i lekarskich.

Najważniejsza jednak była deklaracja powstrzymania, a niekiedy odwrócenia procesu „zwijania państwa” na prowincji. Ma powrócić zainteresowanie rządu m.in. szkołami i bibliotekami w terenie. Charakterystyczne, że na zapowiedź tę zareagował zaniepokojeniem lider PSL W. Kosiniak-Kamysz, przemawiając w imieniu „dobrych gospodarzy” lokalnej Polski z jedynie słusznej na wsi i w powiatach partii.

Strategia renesansu polskości
 
Treści oświatowych akapitów nie przynoszą żadnego zaskoczenia. Nadzieje, które niosły przedwyborcze zapowiedzi, przemieniają się w nich w plan działania. Brzmi on może nawet lepiej niż wcześniejsze obietnice, bo potwierdza się w nim personalistyczny punkt widzenia. Nie jest to wizja reformowania oświaty, ale bardzo już konkretne kroki ku renesansowi kultury polskiej w głowach młodego pokolenia.

W pierwszej kolejności zostaną wysłuchani rodzice. Koniec z branką sześciolatków. Mocny akcent padł też na kwestię nauczycielskiego autorytetu. Rząd zadeklarował, że dokonując zmian, nie chce uderzać ani w nauczycielską powagę, ani w materialne interesy pedagogów. Ich doświadczenie, ich potencjał ma być wykorzystany. Nic nie wskazuje na zwolnienia w szkołach, o które wrzawę podnoszą lewicowe media i organizacje. Zawód nauczyciela ma natomiast zyskać pozycję i godność, służąc sobie właściwemu celowi: dobremu kształceniu i wychowaniu.

Uwiarygodnia takie deklaracje sposób rozumienia przez nowy rząd procesu edukacyjnego, który opisano na tle krytyki testowego systemu sprawdzania wiedzy. Efektem kształcenia ma być znowu realna wiedza i właściwa postawa, silne poczucie tożsamości narodowej i patriotyzm. A skoro do szkoły powracają wysokie wymagania merytoryczne – mądry nauczyciel na nowo staje ze swoją powagą w centrum spraw oświatowych. Czym jest „dobra zmiana” w polskiej polityce pokazują niezwykle silne oklaski, które otrzymała w parlamencie zapowiedź przywrócenia pełnego nauczania historii i klasycznego kanonu lektur.

Na takim tle dopiero można powrócić do tego, od czego zaczyna się zwykle wrzawa medialna. To propozycja zmiany strukturalnej. Kosztem likwidacji gimnazjów ma w niej na nowo poważny kształt przybrać liceum ogólnokształcące (i technikum). Inne organizacyjne zmiany to tzw. likwidacja godzin karcianych czy odbiurokratyzowanie oświaty. Z ust premier Szydło padła zapowiedź środowiskowych uzgodnień i tam właściwe miejsce do zważenia wszystkich za i przeciw (a nie na Facebooku, gdzie „ruch oporu” składający się z czternastolatków werbuje „Gazeta Wyborcza”).

Kultura i media także wychowawcą


Jak już zaznaczyłem, ten pilny plan naprawy polskiej szkoły wpisany jest w szerszą strategię. Może się ona okazać bezlitosna dla rozpasanych w wielu dziedzinach polskiego życia, pochodzących z importu – ideologii. Trzeba je wyrzucić nie tylko ze szkoły, bo kształcenie i wychowanie nie odbywa się w oświatowym rezerwacie. Przygotowuje adeptów dla szkolnictwa wyższego, dla służącego prawdzie, autonomicznego może znów wkrótce uniwersytetu. Swoją misję szkoła prowadzi w otoczeniu zjawisk kultury i przekazów medialnych, do których – jak wynika z ekspose – ma szansę wrócić duma i prawda.

Warto o ten wielki projekt zatroszczyć się na wiele sposobów. Oby były wysłuchane wszystkie dobre rady, pozwalające uniknąć błędów. Trzeba też go osłonić przed już szturmującymi obrońcami „nowoczesności”. Oby polska szkoła dała radę.

wtorek, 17 listopada 2015

MEN. Lekcja 1. Temat: Autorytet

Bardziej niż wszelkie zmiany struktur, a nawet programów edukacyjnych – potrzebne jest polskiej szkole odrodzenie autorytetu nauczyciela. Sprawie tej wiele może pomóc nowy minister edukacji. Pod jednym wszakże warunkiem: że sam będzie autorytetem.
Fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

Witając z nadzieją panią minister Annę Zalewską zerkam na jej postać właśnie pod tym kątem. Jej biografia wskazuje, że zna realia pracy w szkole. Dla uczącej języka polskiego i pełniącej rolę wicedyrektora szkoły osoby „lekcja”, „temat”, a także rada pedagogiczna i jej dokumenty, problemy wychowawcze, przygotowania do ważnych sprawdzianów, olimpiady czy prowadzenie koła zainteresowań – to chleb powszedni.

Były wicestarosta świdnicki zna także realia zarządzania oświatą w samorządzie. Hasła „rekrutacja do szkół w warunkach niżu demograficznego”, „subwencja powiatu”, itp. także powinny więc brzmieć znajomo. Najbardziej przydatne dla „technicznej” strony pracy w ministerstwie będzie na pewno doświadczenie z prac legislacyjnych w sejmowej komisji zajmującej się edukacją.

Czy to dobry fundament pod autorytet ministra? Oczekujemy od niego uzasadnionej i sprawdzonej przez życie wiedzy. Streszczone powyżej doświadczenie życiowe Anny Zalewskiej nie sytuuje jej na pewno w arcyelitarnym gronie ekspertów w zakresie edukacji. Także jej doświadczenie polityczne nie predestynuje jej w sposób oczywisty do pierwszoplanowych ról.

Nauczycielski punkt widzenia może, ale nie musi jej pomóc w sytuacji, gdy już nie może być koleżanką z rady pedagogicznej. Musi przecież spojrzeć na swoje nowe zadanie z perspektywy odpowiedzialności w skali kraju za wielkie dobro, któremu na imię „uczenie się” i „nauczanie”, ale także z perspektywy odpowiedzialności za skomplikowaną grę interesów, które kłębią się wokół polskiej szkoły.

Możemy zatem stwierdzić, że energiczna, radząca sobie w mediach parlamentarzystka musi dopiero zbudować swój autorytet w oczach nauczycieli, rodziców i uczniów. To, że nie rozpoczyna od naturalnego „urzędowego” autorytetu (który w Polsce niesie ze sobą choćby tytuł profesorski) nie znaczy, że nie może go wypracować w toku urzędowania.

Zadanie to niełatwe. Każda osoba podejmująca się kierowania MEN ma bowiem na stracie niechęć mediów, które są nie tylko antypisowskie, ale także antyautorytetowe.  Namaszczony przez Kaczyńskiego szef oświaty będzie też a priori wrogo postrzegany przez niemałą części środowiska edukacyjnego.

To, czy pani minister urośnie do roli autorytetu, zależy jak się wydaje od dwóch rzeczy. Pierwszą z nich są drzemiące w obejmującym urząd polityku PiS pokłady własnej osobowości: talenty i siła charakteru.

Drugim katalizatorem autorytetu będzie posiadana i realizowana w nowej roli formacja ideowa Anny Zalewskiej. Czy jej prawdziwym oblicze stanowią odważne wypowiedzi w tematyce bioetycznej wygłaszane w poprzedniej kadencji sejmu? Czy dobrze odgadujemy szlachetny nonkonformizm, gdy śmiało rozróżniania między kulturą a prowokacją i bluźnierstwem (casus „Golgota picnic”)? Czy więcej mówi o niej raczej dokonany przed laty akces do partii lewicowego salonu – Unii Wolności?

Stawiając szczere pytania życzę pani minister i Polsce, aby stała się na długie lata autorytetem. Aby niezłomnie świadczyła swoją postawą o znaczeniu rzetelnego wykształcenia i formowania charakteru. Aby potwierdziła to prawymi i sprawiedliwymi strategiami i prawami dla polskiej edukacji. Niech starczy jej w tym determinacji, nawet jeśli przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę z racji ataków ośrodków demoralizacji i tych, którzy dadzą im posłuch.

Być może przy deficycie autorytetu w edukacji na odsiecz polskiej szkole będą musiały ruszyć mistrzowskie postaci spoza budynku za Szucha. Poważnie pokierowana oświata może zapewne liczyć na protektorat pana prezydenta, indywidualny i zbiorowy autorytet powag naukowych czy tych wywodzących się ze świata twórców.

To konieczne, aby po rządach centroprawicy w Polsce nie powtórzył się wariant hiszpański. Tam zaniedbanie troski o ideowy kształt świata nauki i edukacji przygotowało grunt pod rządy jednego z czołowych niszczycieli cywilizacji europejskiej – José Zapatero. Hiszpański premier zubożył szkołę, rugując z niej religię. Nowe rządy w Polsce niech nie przeszkadzają (lekarskie primum non nocere!) rozwijać się pełnej kulturze. Niech zamkną drzwi za starymi i nowymi marksistami.